Postanowiłem jeszcze raz wrócić do Ingmara Bergmana i z jeszcze większą konsekwencją poznawać po kolei jego filmy, wracając przy okazji do niektórych. Chciałem zacząć od debiutu, ale zwiedziony filmwebem nie spostrzegłem, że przy roku 1946 są dwa filmy. Właściwy debiut reżyserski, czyli "Kryzys" i "Deszcz pada na naszą miłość". Obejrzałem najpierw ten drugi.
Dziełko, chociaż nosi już ślady trochę późniejszych filmów, jak "Ku szczęściu", "Letni sen" i "Wakacje z Moniką", to jednak koniec końców, gdzie indziej umieszcza punkt ciężkości. Wymienione dzieła traktowały bowiem o relacji kobieta - mężczyzna, czy to w małżeństwie, czy to w czasie wakacyjnego romansu, bez znanych z arcydzieł introspektywnych wycieczek i niedomówień, za to z dawką nostalgii i uczucia przemijalności. Nie sentymentalizm, ale coś sentymentalizmu - owszem. Tymczasem w "Deszcz pada na naszą miłość" relacja kobiety z mężczyzną nie jest ani konfliktogenna, ani nie stanowi powodu snucia melancholijnych wizji, na których stempel kładzie wrażenie przemijalności wszystkiego włącznie z miłością. Otóż film ten realizuje motyw modernistyczny - acz zamieniający artystę na ubogiego proletariusza - i kontrastuje jednostkę, a właściwie dwie jednostki, z filisterską większością. David (Birger Malmsten) i Maggi (Barbro Kollberg) poznają się w podróży, zakochują - oboje noszą pewien bagaż z przeszłości (Maggi nosi dosłownie) - i dość przypadkowo zamieszkują w niedużym miasteczku. Tam David dostaje pracę, ale, że był kiedyś w więzieniu, toteż nie wszyscy darzą go zaufaniem. W końcu pomiędzy młodą parę społeczność rzuca coraz więcej kłód pod nogi, włącznie z oskarżeniem o kradzież.
Niby pesymistyczny na pierwszy rzut oka, bo mówi, co zresztą sugeruje już lekko pretensjonalny tytuł, jak to źle i smutno pięknoduchom w tym bzidkim społeczeństwie groszorobów i filistrów. Mówi, owszem, ale z drugiej strony Bergman ocala miłość. Bergman ocala miłość! Bergman prawie nawet nie sygnalizuje skaz na tej miłości. Tak, tak. No i jakże go uznać za pesymistyczny w kontekście wiele bolesnych introspekcji, ton fatalizmu, dojmującego wrażenia przemijalności czasu, w tym miłości - w późniejszych filmach? Film ma swój urok, mimo, że brak mu czegoś głębszego, wszak konflikt zaprezentowany w tym dziele jest czysto powierzchowny, mocno umowny, by nie powiedzieć literacki. Ale ma urok.
I już czuję, że jestem znowu jedną nogą w tym świecie. Tak, zrobię sobie zimę z Bergmanem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz