poniedziałek, 2 grudnia 2013

"Kryzys" (1946)



Zatem reżyserski debiut Bergmana, "Kryzys" z 1946 roku. W przeciwieństwie do kolejnego filmu, czyli opisanego już dziełka pt. "Deszcz pada na naszą miłość" ten film antycypuje w jakimś stopniu wiele późniejszych wątków i dominujących motywów w twórczości Szweda, tyle, że tutaj jeszcze w melodramatycznej oprawie. W czym rzecz?

Ano mamy 3 kobiety (jakież to Bergmanowskie!), jest też mężczyzna (a nawet dwu) - tutaj jeszcze eksponowany, ale mimo wszystko jednak bardziej jako dekoracja - niemniej to, co najistotniejsze, moim zdaniem, zachodzi pomiędzy paniami. Żyjąca skromnie Ingeborg (Dagny Lind) wychowuje nie swoją córkę - Nelly (Inga Landgré), ta ostatnia wie, że jest przybranym dzieckiem, ale kocha swoją opiekunkę i nazywa ją mamą. Tę spokojną, chociaż ubogą egzystencję przerywa biologiczna matka Nelly, Malin (Svea Holst). Przybywa z wielkiego miasta i mami dziewczynę urokami wielkomiejskiego życia oraz perspektywą materialnego dobrobytu. Nie mniejszą, a może nawet decydującą rolę, odegrają sprawy sercowe. Wraz z Malin przyjeżdża bowiem Jack (Stig Olin), trochę bawidamek, trochę dekadent, trochę zagubiony człowiek. Łatwo uwodzi Nelly, którą na dodatek zaloty małomiasteczkowego Ulfa (Allan Bohlin) coraz bardziej nudzą. Ku rozpaczy przybranej matki, dziewczyna wyjeżdża. Ale niebawem przekona się, że w nowym miejscu każdy już gra dla siebie - chociaż nie z premedytacją, tkwi w tym bowiem fatalizm - każdy chce brać, ale już nie dawać. Mówiąc o każdym mam na myśli Malin i Jacka, bo oczywiście "Kryzys" nie pokazuje żadnych portretów grupowych czy społecznych.

W tym filmie można uchwycić już ten znany rys, w którym chodzi o rodzaj rozliczenia i konfrontacji bohaterów z minionym życiem. Pojawia się on u Malin (również u Ingeborg), pogłębiając jej postać i czyniąc z pretensjonalnej kokoty osobę ciekawszą w tym swoim zagubieniu. Film nie pulsuje jednak tak subtelnym psychologizmem i złożonością postaci, jak znacznie późniejsze dokonania. Nie zabraknie nawet dość czytelnej moralistyki, wszystko zaś zostanie podlane melodramatycznym sosem, tj. eksplozją słów i gestów. Nie, nie, daleka jeszcze droga do takiego "Milczenia". Napisałem, że rola Olina jest dekoracyjna. Poniekąd jest, chociaż przypadł mi do gustu w tej kreacji. Powiem więcej, dekoracyjność wcale nie odejmuje mu nawet jakiegoś głębszego rysu, wszak ta postać nie jest typowym bawidamek. Dekoracyjna jest jednak, bo mimo wszystko wyczuwa się, że to pomiędzy kobiecymi postaciami koncentruje się splot emocji oraz tego, co można by określić esencją dzieła. Może dlatego, że to się dzieje w rodzinie, a Jack jest niejako zewnętrzny wobec tego. 

"Kryzys" to oczywiście jeszcze nie to. To jeszcze nawet nie pierwsza nostalgiczno - melancholijna trylogia, to jeszcze nie "Wieczór kuglarzy" czy "Twarz", nie wspominając o największych filmach. Ma jednak swój urok. Ale czy tego samego nie pisałem już poprzednio?

1 komentarz: