piątek, 11 października 2013

"Król Nowego Jorku" (1990)







Od paru dni mocuję się z filmami Abla Ferrary. Właściwie to nie do końca tak, właściwie, to o ile w przypadku "Uzależnienia" mógłbym mówić o jakiejś barierze, tak w przypadku "Króla Nowego Jorku" nie mam aż takich problemów z określeniem własnych odczuć. Film ten nakręcony został w 1990 roku, a więc jeszcze przed najbardziej znanym dziełem tego reżysera, czyli "Złym porucznikiem" - okrutnie zgwałconym, nawiasem mówiąc, wiele lat potem przez Wernera Herzoga, który po metafizycznych wędrówkach potrafił zabawić się w cytowanie. 

Abel Ferrara ma swój styl. W tym sensie, że nawet kręcąc film, który koniec końców można by połączyć z kinem akcji czy kryminałem, i tak nada mu charakterystyczny rys. Ciężki do podrobienia. "Król Nowego Jorku" nie posiada w zasadzie jakiejś wyrafinowanej historii. Głównym bohaterem jest Frank White (Christopher Walken), przywódca nowojorskiej grupy przestępczej składającej się, o ironio - o ironio, gdy weźmie się pod uwagę nazwisko rzeczonego przestępcy - z czarnych braci. Frank wychodzi właśnie z pudła i jego kokieteryjne uśmiechy, a także rzucane mimochodem półsłówka każą nam się domyślać, że chciałby czegoś innego. Chciałby zrobić coś dobrego. I na dobrą sprawę, faktycznie, jego kolesie, którym rej wodzi Jimmy Jump (Laurence Fishburne wybornie się odnalazł w tej kreacji albo to później wybornie odnajdował się w innych kreacjach), zajmują się likwidowaniem konkurencji. W to jest wpisana pozorna dwuznaczność, którą podsyca jeszcze sam Frank White. Tę walkę, w której trup ściele się dość gęsto, tłumaczy tym, że on będzie mniej chciwy, da więcej zarobić na ulicy, a dzieciaki, to i tak muszą ostatecznie ćpać, bo natura nie znosi próżni. W połączeniu z kokieteryjnymi uśmiechami, a mówiąc poważnie po prostu z charyzmą odtwarzającego tę rolę Walkena, istnieje szansa na to, że sumienie widza zostanie uspokojone. Tylko trzech nadgorliwych policjantów nie chce się uspokoić i robi wiele, żeby Franka wsadzić do pudła. Dla porządku warto wymienić ich nazwiska i odtwórców ról, bo to też aktorzy mniej lub bardziej znani w filmowym światku: Roy Bishop (Victor Argo), Thomas Flanigan (Wesley Snipes) i Dennis Gilley (David Caruso). A, byłbym zapomniał, na drugim planie da się jeszcze zauważyć Steve'a Buescemiego, który, uwaga, uwaga, nie zginie w tym filmie. Albo czegoś nie zauważyłem.

Film jest bardzo żywy. I tę żywość łączy z nowojorskim szlamem, brudem i sporą dawką brutalności, acz nie trzeba brać tego ostatniego na wyrost. Mówiąc o żywości już nie chodzi nawet o samą akcję, ale również o dialogi, charyzmę Walkena, możliwość konfrontowania całkiem sporej liczby charakterów, obecność erotyzmu, ale nie seksu, oraz muzykę z czarnych przedmieść, mocno jeszcze wtedy przesiąkniętą funkiem, co nie pozostaje bez wpływu na ogólny klimat filmu. Film jest raczej, a nawet zdecydowanie czarny - sporo scen dzieje się nocą. Właściwie nie wiem, czy o którymkolwiek z tych elementów można by powiedzieć, że składa się na ferrarowską specyfikę. Bo w takim "Złym poruczniku" ciężko byłoby się doszukać tej samej charyzmy w głównym bohaterze, nie ma w zasadzie funku, sporo dzieje się w dzień...nie, nie. Bez wątpienia w tę ferrarowską specyfikę wpisane jest jakieś - nieuświadomione może nawet - uczucie niepewności, z którym boryka się główny bohater. Nie żeby hamletyzował, dramatyzował i rozdzierał szaty z tego powodu, że chce jednego, a robi inne, niemniej nurza się w bagnie, kokieteryjnie i szelmowsko się uśmiecha, a w międzyczasie to się zasępi, to powie coś ludzkiego, to spotka się z ukochaną kobietą. Zapewne nie ma sensu zaraz robić z "Króla Nowego Jorku" dwuznacznego moralitetu, chociaż reżyser jakieś tam sygnały próbował dawać, ale na pewno o pewnej ambiwalencji jako części składowej filmów Ferrary można mówić. Przynajmniej tych, które mogłem zobaczyć.

Ale też nie będę zmyślać. Film mi się podobał, bo Walken, bo muzyka, bo klimat. Komunały, ale tak to wygląda. Zresztą nie tylko Walken. Dziełko to krótkie, ale wyraźnie eksponuje poszczególne postaci, także postaci policjantów, a to z kolei przekłada się na wyostrzenie konfliktu. Ogląda się ciekawie, chociaż nie jest to film wybitny. Po prostu dobry. I tak sobie myślę, że przy okazji oglądania kolejnych filmów tego reżysera, trzeba będzie wrócić do "Złego porucznika". Może tym razem zobaczę w nim więcej niż wcześniej.

PS wracając na moment do owej dwuznaczności moralnej, relatywizmu, czy jak to tam nazwać. Nie rusza mnie to. Nadpobudliwy, narwany i, co najgorsze, rudy Dennis Gilley nadal jawił mi się ten jako po dobrej stronie mocy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz