Złakniony kina fantasy po obejrzeniu "Excalibura" trafiłem na film Paula Verhovena z 1985 r. pt. "Ciało i krew". Wiedziałem czego mniej więcej mam się spodziewać, dlatego też nie poczułem się specjalnie zaskoczony, gdy pod prowokującym tytułem znalazłem nie mniej prowokujący obraz. Film przedstawia trochę inną wizję Średniowiecza - a dokładniej mówiąc już czasów nowożytnych - tj. bez akcentowania społecznych podziałów, bez mistyki, bez operowania dość czytelnymi kategoriami dobra i zła. Na to pozorne urealnienie łapie się wielu z nas. A to taka kostiumowo - historyczna "Dzika banda", by przywołać kultowe dzieło Sama Peckinhapa, acz mocno flirtująca z romansowo - erotycznymi klimatami lat 80, sporadycznie ocierająca się o estetykę kiczu, czasami o naturalizm.
Historia nie jest wielowątkowa, ale też nie zabrakło reżyserowi finezji w konfrontowaniu bohaterów z kolejnymi sytuacjami i problemami. Zaczyna się od tego, że Arnolfini (Fernando Hilbeck) zdobywa miasto przy pomocy najemników, którym obiecuje możliwość zagarnięcia zdobytych łupów. Potem się rozmyśla i hałastra dowodzona przez Martina (Rutger Hauer) zostaje wydalona zza mury. Ale co się odwlecze, to nie uciecze, w tym przypadku zemsta. Orszak Arnolfiniego zostaje napadnięty, a jego córka Agnes (Jennifer Jason Leigh) trafia w ręce zbójów. Młody Steven (Tom Burlinson), któremu pisany był ślub z porwaną dziewczyną, postanawia ją odzyskać. Tymczasem młode dziewczę traci to, co najcenniejsze w jej dziewczęcości. Ale nic to, widać, że nad dziełkiem roztoczony został duch włoskiego Renesansu i bezeceństw "Dekameronu", dość powiedzieć, że dziewczę chutliwe było i szybko zapałało dwuznacznym uczuciem do herszta zbójów - Martina. Dwuznacznym, bo wciąż kołatała jej się po głowie postać Stevena, którego w tempie ekspresowym zdołała usidlić przed porwaniem ofiarowaną mu mandragorą, a tak, jak wiadomo, wzmaga popędliwość. Ale że co się odwlecze to nie uciecze - to jedno, a skoro już przy mądrościach ludowych jesteśmy, to wypada stwierdzić, że nic, co dobre nie trwa wiecznie. I o wesołą kompanię upomni się los.
Obejrzenie tego filmu dzień po "Excaliburze" było ciekawym doświadczeniem, a to dlatego, że dzieło Verhovena to antypody stylistyczne (i nie tylko) produkcji Johna Boormana. Ten ostatni nakręcił film operujący archetypicznymi sylwetkami i bogatą symboliką, majestatyczny, ale bardziej w duchu poetyckim, a nie epickim. W "Ciele i krwi", niech już to będzie kwintesencją różnic, nie patrzymy na rycerzy pełnych cnót, ale na zbieraninę najgorszych najemnych lumpów od wymachiwania mieczem. Motorem napędowym zdarzeń nie jest troska o królestwo, ludzi, dobro czy nawet zło, nie jest nim też wzniosła miłość; motorem napędowym jest chęć zabawy, użycia, pieniądze i oczywiście miłość, tyle że dość śmiało demonstrująca popędliwość u jej podstaw. Oczywiście rozmyty jest podział na dobrych i złych. Bo w gruncie rzeczy z tymi lumpami fajnie jest, o czym przekonuje się nawet Agnes, za to Steven może odpychać pomieszaniem lekkiej bufonady i arogancji z niedojrzałością. Nie w tym znaczeniu, że jest to drugi Joffrey Baratheon, ale taki bubek - owszem.
Jak nie ma komu podnieść karzącej ręki na tym padole łez, bo nikt ze sprawiedliwością nie jest za pan brat, to za jej wymierzanie bierze się los. Albo Bóg. Tutaj mamy...tak, tak, zarazę, czyli morowe powietrze. Czyli dżumę. Naprawdę nie sposób uciec od jakichś dalekich skojarzeń z "Dekameronem", bo i towarzystwo frywolne, i używające w obliczu panującej wokół zarazy. Ale wszystko ma swój kres. No, prawie wszystko, bo na koniec reżyser mruga do nas okiem, nie pozwalając wszystkim na śmierć.
Mieszane uczucia mam po tym filmie. Były momenty, kiedy wydawało mi się, że koniec końców wszystko i tak ma służyć ekspozycji wdzięków Jennifer Jason Leigh, zresztą nie we wdziękach nawet rzecz, co po prostu w dość zaawansowanych lekcjach z anatomii. Tak, "Ciało i krew" ma ten posmak lat 80, bo przecież dzisiaj i ciała, i krwi niemało w kinach i na ekranach, a jednak to za tą w sumie drugorzędną produkcją ciągnie się prawdziwie perwersyjny smaczek, jakaś dwuznaczność, która każe nieufnym wzrokiem spojrzeć i na świętość, i na dziewiczość. Mieszanie konwencji, miłości z dość ostentacyjną erotyką, miłosnych deklaracji z wulgarnymi przyśpiewkami, brzydoty z pięknem - to zawsze jakieś ryzyko popadnięcia w kicz. Mimo wszystko reżyserowi udało się od tego uciec. Dzieło wciąż ma urok, chociaż nic w nim wielkiego. Dla lepszego zobrazowania (i zwieńczenia) można powiedzieć, że w takim "Conanie" mniej pulpowych klimatów aniżeli tutaj.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz