sobota, 31 sierpnia 2013

"Strzelając do psów" (2005)



Jest Europa, Ameryki, Azja i Australia. I jest Afryka. Obok. To ten dziwny kontynent, do którego stosunek wielu z nas dobrze określają słowa wypowiedziane przez jedną z postaci, reporterkę BBC "Strzelając do psów": Za każdym razem, gdy widziałam martwą kobietę w Bośni...białą kobietę, myślałam...to mogła być moja mama. A tutaj, to po prostu martwi Afrykańczycy. Znamy te obrazy na pamięć. Obrazy głodujących dzieci, młokosów dźwigających ciężkie karabiny, epidemię AIDS, maczety - zestaw do rytualnego oburzania się, utyskiwania na zło świata. Rzecz już nawet nie w tym, że my nic nie możemy zrobić - bo nie możemy - rzecz w tym, że podświadomie jesteśmy skłonni przykładać inną miarę do tego, co dzieje się na Czarnym Lądzie. Jakby życie każdego z rdzennych mieszkańców Afryki miało rzeczywiście mniejszą wartość. Egzotyka.

Nie wiem, czy "Strzelając do psów" może coś zmienić w tej materii, zresztą, nie wiem, czy jest nam to do czegokolwiek potrzebne. W zasadzie film Michaela Catona-Jonesa, przenoszący nas do ogarniętej szaleństwem Rwandy, nie przedstawia perspektywy żadnej z dwu zantagonizowanych grup plemiennych: ani Hutu, ani Tutsi. Ci pierwsi są zbrodniarzami, ci drudzy są ofiarami. To portrety grupowe. Prawdę mówiąc, nie wiem, czy powstał film, który starałby się ukazać to z perspektywy Hutu, z całą pewnością reżyser "Strzelając do psów" nie podjął się ukazania, jak wyglądał proces przeobrażenia sąsiadów w ziejących nienawiścią siepaczy, aczkolwiek warto pamiętać, że wzajemna niechęć nie rozpoczęła się w 1994, właściwie niechęć przeobraziła się wtedy w coś znacznie gorszego. Na Tutsi patrzymy wprawdzie z bliska, ale są w grupie, jako ofiary, jedynie postać nastoletniej dziewczynki jest bardziej w wyeksponowana. O czym jest zatem ten film? Co przedstawia? Pokazuje dramat ludobójstwa - to oczywiste, ale przede wszystkim stawia człowieka z zewnątrz wobec sytuacji granicznej. Białego. Księdza Christophera (John Hurt), młodego nauczyciela idealistę Joe'a (Hugh Dancy), reporterkę BBC Rachel (Nicola Walker) i kapitana jednostki ONZ Charlesa Delona (Dominique Horwitz).

Film został zrobiony bez rozmachu znanego z Hollywoodzkich produkcji, bez wikłania postaci w wątki romansowe, bez eksploatowania kontekstu politycznego. Akcja toczy się głównie na terenie szkoły prowadzonej przez wspomnianego już katolickiego księdza Christophera, człowieka zaznajomionego z realami Rwandy, aczkolwiek wciąż zaangażowanego i wierzącego w misję ewangelizacyjną. Drugim z bohaterów filmu jest młody nauczyciel Joe, idealista, który do Rwandy przybył, bo chciał wyrwać się z zaklętego koła europejskiego dobrobytu i słodkiej nieodpowiedzialności. Poznajemy ich, gdy nad Rwandą zbierają się już czarne chmury. Samolot z prezydentem (z plemienia Hutu) zostaje zestrzelony w ramach celowej prowokacji. Oskarżeni zostają Tutsi. Rozpoczynają się wysiedlenia i masowe rzezie. Część ludności z plemienia Tutsi ucieka na teren szkoły ks. Christophera, gdzie stacjonuje również jednostka ONZ pod dowództwem kapitana Delona. Ten ostatni, jako żołnierz, nie ma prawa występować przeciw rozkazom dowódców, a te mówią jasno, że reagować zbrojnie mogą tylko w ramach samoobrony. Jeśli strzelać, to tylko do psów żywiących się padliną, ale już nie do Hutu mordujących Tutsi. 



Film jest przede wszystkim dramatem o naprawdę sporych walorach psychologicznych, jeśli można tak powiedzieć, chociaż znawcy tematu pewnie mogliby się przyczepić do różnych faktów i skrótowego potraktowania wydarzeń. Nie to jest jednak najważniejsze w tym filmie. Najważniejszy jest sposób ukazania, jak poszczególne osoby radziły sobie z tą sytuacją. Caton-Jones pokazał to naprawdę z dużym wyczuciem. Film jest wstrząsający, przerażający, padają w nim słowa bolesne i tchnące pesymizmem, ale jest też, mimo wszystko, budujący. Jak możemy się domyślić młody Joe będzie miał okazję skonfrontować swój idealizm z rzeczywistością, życie postawi go przed próbą, a właściwie nawet nie próbą, tylko przed faktem dokonanym. Początkowo wydaje się, że młody nauczyciel, jako ten aktywny i entuzjastyczny, ma przewagę nad księdzem, który jest trochę wycofany i skupiony głównie na ewangelizacji, ale ostatecznie chłopak będzie miał szansę zobaczyć, że idealizm to jedno, a prawdziwe poświęcenie to coś zupełnie innego. "Strzelając do psów" jest budujący głównie przez postać księdza Christophera, człowieka, którego nie ominą wątpliwości i chwile załamania, ale który wytrwa do końca. 

Warto dodać, że Caton-Jones tak to wszystko wyważył (z pomocą odtwórcy roli ks. Christophera), że uniknął patosu, ckliwości, tworzenia aureoli, a jednocześnie wyraźnie uzależnił humanizm i człowieczeństwo od wiary. Tak, tak, ks. Christopher czerpał siłę z wiary. W ogóle film daje jej pozytywny obraz, aczkolwiek nie bez poddania pewnych rzeczy w wątpliwość, bo i nie sposób było jej uniknąć w obliczu takiej tragedii. Film nie powinien jednak w żaden sposób zmęczyć tych, którzy uczuleni są na sztuczność pod wszelką postacią. Jest autentyczny pod względem psychologicznym. A czy nasze przeżycia wiążą się z przeżyciami ks. Christophera, Joe'a, kpt Delona czy też z przeżyciami Tutsi - to już inna sprawa. Patrzymy na ten obraz oczyma tych pierwszych. Nie zmienia to jednak faktu, że "Strzelając do psów" to film zdecydowanie więcej niż dobry.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz