Tolerancja dla filmów Korine'a idzie u mnie chyba w odwrotnym kierunku, aniżeli u większości. Raczej ta większa część ceni sobie bardziej "Gummo" i "Julien Donkey-Boy" czy wcześniejszy udział przy "Dzieciakach". Za ostrość, brutalność i takie tam rzeczy, które najczęściej utożsamia się z większym realizmem, chociaż w rzeczywistości również pokazuje świat jednobiegunowy. Nie idylliczny, tylko całkiem w drugą mańkę. No to w "Mister Lonely" stawiania sprawy na ostrzu noża w zasadzie nie ma, naturalistycznych odjazdów również, chociaż dziwactw, którymi wypełniona jest bujna wyobraźnia reżysera, nie mogło zabraknąć.
Na plakacie widać głównego bohatera, młodego mężczyznę (Diego Luna), który wszedł w buty i chustkę Michaela Jakcsona. Ów mężczyzna zarabia na życie, wykonując skomplikowane konfiguracje taneczne oryginalnie wprowadzone przez gwiazdę popu. Wykonuje je na paryskich ulicach i tam też spotyka Marylin Monroe (Samantha Morton), która jak łatwo się domyślić weszła w rolę Marylin Monroe. Na tym etapie jest jeszcze bardzo normalnie, ale Marylin zabiera Jacksona do swojej posiadłości, gdzie sobowtórów pod dostatkiem: Charlie Chaplin, Lincoln, Papież, królowa angielska i paru innych. No i żyją tam sobie. Życie toczy się nieśpiesznie, na tyle nieśpiesznie i dziwnie, by zauważyć, że to nie do końca życie. Ale iluzja rozproszy się brutalnie dopiero pod koniec.
Film oglądało mi się nawet przyjemnie, chociaż w wielu miejscach groteska ocierała się już o kicz. Jest w nim też sporo nostalgii, bo i postacie, pomimo groteskowości, nie są odmalowane grubą kreską, tak jak to bywało wcześniej u Korine'a. Może to też wynika z tego, że w tym filmie sami wybrali dla siebie te role, nie zostały im one narzucone przez środowisko, biologię, czy jakieś fatum. Przynajmniej w ramach filmu nie odnajdziemy tego wyraźnie. Z czasem można dostrzec jednak, że ta rzeczywistość w krzywym zwierciadle zabrała im samych siebie. To uświadomi sobie tylko jedna postać, tytułowy pan samotny (no i Marylin), co zresztą niekoniecznie wyrwie go z ram tej samotności. Możemy tylko domniemywać, że zakończenie bycia Michaelem Jacksonem jest początkiem nowej drogi. Już nie pod chustką i nie pod kapeluszem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz