wtorek, 11 czerwca 2013

"Julien Donkey-Boy" (1999)






Kolejny film Korine'a za mną. Nie będzie zaskoczeniem dla wyimaginowanych czytelników, jeśli napiszę, że nie był on dla mnie zaskoczeniem. Znowu otrzymujemy film epatujący tym, co dziwne i patologiczne. To, co stanowi o różnicy pomiędzy "Julien Donkey-Boy" a "Skrawkami" to to, że tamten uniwersalizował patologiczne wyobrażenia reżysera, podczas gdy dzieło z 2007 przedstawia wynaturzony mikrokosmos pewnej rodzinki. Nie jest to już album z kolejnymi dziwnościami, żaden cyrk dziwolągów, za przeproszeniem. Właściwie to film ma nawet centralną postać i wbrew powyżej wklejonemu plakatowi nie jest to postać wykreowana przez Chloë Sevigny. Protagonistę wskazuje tytuł. Jest nim Julien.

Julien (Ewen Bremner) to chłopak, a właściwie mężczyzna, lekko upośledzony. Ciężko jest stwierdzić, czy to jakaś wrodzona wada pomieszana ze schizofrenią, czy jeszcze coś innego. Lubi mówić do siebie, reaguje niekonwencjonalnie w różnych sytuacjach, bywa histeryczny, powtarza się niemiłosiernie, bywa też bezbronny wobec agresji innych. Rodzina nie jest jednak lepsza. Ojciec Juliena, którego gra Werner Herzog, to typ despoty, który wyraźnie nie radzi sobie z sytuacją w rodzinie. Prowadzi monologi w masce gazowej i przygotowuje drugiego syna do kariery wrestlingowca. Ćwiczenia mają zresztą charakter groteskowy, jak wszystko w tym świecie. Bo, czy za normalne można uznać wczołgiwanie się na schody i zapasy z koszem na śmieci? Pearl zagrana przez Sevigny jest najnormalniejsza z towarzystwa, aczkolwiek i jej udzieliły się rodzinne patologie. Pomiędzy kolejnymi rodzinnymi scenami znajdziemy też trochę freaków orbitujących wokół tej groteskowej rodziny, no ale właśnie. Oni tylko orbitują. Uzupełniają menażerię, to wszystko.

Paradoksalnie postać Juliena spaja tę filmową rzeczywistość. Paradoksalnie, bo standardowo brak linearnej fabuły, a także brak ciągu przyczynowo - skutkowego są ulubionym narzędziem prezentacji wyobraźni schizofrenicznej. Ale faktem jest, że ta rzeczywistość jest naznaczona julienowym piętnem. Czyli nad wstępnym, deklaratywnym odwołaniem do duńskiego manifestu Dogma 95 istnieje jeszcze coś nadrzędnego. I jest to właśnie ta nieprzenikniona postać schizofrenicznego Juliena.

Film jest lepszy aktorsko od "Skrawków", moim skromnym zdaniem. Przede wszystkim rola głównego bohatera jest więcej niż przyzwoita. Prawdę mówiąc nie zorientowałem się, że  Ewen Bremner to ten sam aktor, który grał w "Trainspotting". Prawdę mówiąc myślałem, że Juliena zagrała rzeczywiście chora osoba. Nawet podczas oglądania mówiłem sobie: "o i to jest ta różnica pomiędzy odgrywaniem chorych psychicznie, a rzeczywiście chorymi - obłęd w oczach". Ale może coś jest na rzeczy, bo Spud w "Trainspotting" też miał obłęd w oczach. Werner Herzog w roli rodzinnego autokraty był bardzo przekonujący, a Sevigny standardowo odnalazła swoją niszę pomiędzy empatią i ciepłem a perwersją i patologią.

Nie podejmuję się odczytywania tego filmu na innych poziomach. Uznaję go za znośny, bo nie starał się "dokumentować" (pomimo brudnej "manfestowości" Dogmy) i pokazywać, że tak to wygląda. Jak "Skrawki". Poza tym "Skrawki" były bardziej naiwne w tym katalogowaniu dziwactw. I zwyczajnie nudne. Tutaj lepiej.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz