Obejrzałem "Personę" Bergmana. Obejrzałem ją trzy razy w przeciągu ostatnich trzech dni. Nie wiem, czy jest sens oglądać jeszcze jakiekolwiek filmy, obawiam się tego, nie chcę obecnie, nie jestem gotowy. Mam wrażenie, że nigdy więcej nie zobaczę już niczego podobnego. Bergman wiedział, co mówi wypowiadając te słowa: "Dziś czuję, że w Personie - a później w Szeptach i
krzykach - posunąłem się tak daleko, jak tylko mogłem. W poczuciu
wolności dotknąłem bezsłownych tajemnic, które jedynie kino potrafi
unieść". To daje przy okazji nadzieję. Być może będę miał szansę doświadczyć tego jeszcze raz z czymś nowym. Z "Szeptami i krzykami".
Ale przecież "Persona" to za każdym razem coś nowego. Z pierwszymi kilkunastoma minutami (nie mówię o "prologu") spotykałem się w pustce. Ich realizm nie pozwala mi zadawać jakichkolwiek pytań. Podczas pierwszego, drugiego i trzeciego seansu postępowałem tak samo. I pewnie dalej będę to robić. To nieuniknione. Wszystkie klucze, które znalazłem poprzednim razem nie pasują do tych scen. Poczucie bezradności, może nawet rozczarowania. Wydaje mi się, że musiałem się pomylić. Że wszystkie te myśli, które pojawiły się ostatnim razem były nic nie warte. Uległem złudzeniu.
A potem to się zaczynać dziać. Jestem bombardowany myślami, spostrzeżeniami, czuję momentami mrowienie. Tak, to się zaczyna dziać. Jak naiwnie przy "Personie" wyglądają te dawniejsze filmy, w których Bergman konfrontował piękną przeszłość z cyniczną teraźniejszością przy pomocy nostalgicznych retrospekcji. Tutaj "po" i "przed" spotyka się w tej samej przestrzeni, we współobecności dwóch osób, pielęgniarki Almy (Bibi Andersson) i aktorki Elisabeth Vogler (Liv Ullmann). Ta druga jest już "po", wydaje się, że w Almie widzi to, co sama w sobie już z powodzeniem kiedyś zgasiła. To, co łączyło ją ze społeczeństwem i to, co można definiować jako dość powszechne - przynajmniej kiedyś - marzenia. O rodzinie chociażby. Ale to udawanie, a nie bycie. A Elisabeth chciała być. Przestała udawać, przestała mówić, patrzy tylko na Almę z jej naiwnością, otwartością i pierwszymi oznakami konfrontowania pragnień z zewnętrznymi wymogami. Ma przewagę, ale do czasu. Bo w pewnym momencie ta przeszłość w postaci Almy ją dopada. Alma demaskuje powagę Elisabeth. Jest w tym filmie scena, w której Vogler wchodzi na stłuczone szkło. W kolejnym ujęciu, pokazującym Almę, obraz ulega przedarciu. Potem Elisabeth nie udaje się trzymać z taką konsekwencją fasonu. Odzywa się w niej to, co uosabia Alma. I kiedy dziewczyna biegnie za Vogler, krzycząc, że nie chce rozstawać się w ten sposób, tj. w kłótni, żalu, nerwach, postać grana przez Ullmann odwraca się. Wargi jej drżą, a w oczach jest strach, strach przed czymś, co zobaczyła nie naprzeciw siebie, ale w sobie samej. Jak dużo mówią te słowa i te gesty, i ta mimika. To jest wspaniała scena, zaledwie jedna z wielu wspaniałych scen. Obie kobiety spotykają się w jednym punkcie, bo przecież musiał istnieć ten punkt, w którym "przed" stawało się "po". Wydaje się, że to ta scena, w której Elisabeth stoi nad złożoną na powrót fotografią syna, tą samą, która wcześniej została przez nią przedarta. Alma chce z nią o tym porozmawiać. Najpierw mówi do Vogler (widzimy twarz postaci granej przez Ullman), potem scena się powtarza, ale widzimy Bibi Andersson. Za pierwszym razem pielęgniarka (o ile można mówić jeszcze o pielęgniarce) uderza w jądro przemian, które zaszły w Elisabeth. Za drugim razem Alma tak naprawdę mówi do siebie, gra toczy się o nią i jej przyszłość. Przyznając tej scenie dużą rolę, a nie sposób tego nie zrobić, wiele wskazuje na to, że to macierzyństwo i stosunek do dziecka były tym punktem zwrotnym w życiu Elisabeth. I zarazem w życiu Almy. Bo problem ten łączy obie kobiety, co symbolicznie wyraża kolaż obu twarzy.
To, co powyżej zostało napisane, to zaledwie jedna z wielu luźnych interpretacji, ciężko o jedną precyzyjną, bo myśli galopują z zawrotną prędkością podczas oglądania tego arcydzieła. Ale nie zmienia to pewnej ogólnej formuły: konfrontacji tego, co określa nas dzisiaj i jutro. Tego, co zostało utracone w wyniku naszych wyborów z konsekwencjami tychże wyborów. Marzeń i realizmu. Pustki i wiary w życie. Wciąż nie potrafię określić, czy w filmie są dwie osoby, czy jedna. Podczas trzech seansów raz byłem bliżej jednej opcji, raz drugiej. Nie ulega wątpliwości, że bardziej symboliczna wymowa jest jak najbardziej sugerowana niektórymi scenami. Właściwie to od momentu nocnego uzewnętrznienia się Almy nieustannie mamy do czynienia z przenikaniem się obu postaci. Chociaż faktem jest, że można by to ostatecznie wytłumaczyć bądź to snami, bądź też myślami jednej, bądź drugiej bohaterki. Myślenie o tym, jak to rzeczywiście wygląda, jest niezwykle pobudzające, chociaż zarazem zdaję sobie sprawę, że ani o jednej, ani o drugiej opcji nie można przesądzić. To jest "cena" tej wolności, o której pisał później Bergman. Ale o to chodzi. Dzięki temu "Persona" żyje. Za każdym razem z tą samą intensywnością.
Nieprawdopodobne role Liv Ullmann i Bibi Andersson. Pierwsza zagrała praktycznie bez słów. Zagrała tak, że ciarki przechodzą po plecach. Tym razem wcale nie dlatego, że aktor/aktorka bez słów mówi tak wiele (to taka obiegowa formuła), ale właśnie dlatego, że przez długi czas jest nieodkryta. A kiedy Alma ją dopada (Alma niewiele odkrywa w Elisabeth, ale Elisabeth przez Almę wiele odkrywa w sobie), enigmatyczny uśmiech ginie, cierpienie i strach zaczynają odciskać piętno na jej twarzy. A Bibi Andersson? Do tej pory ciut w cieniu Ingrid Thulin i Harriet Anderrson, którym przypadały częściej poważniejsze role, tutaj musiała odegrać całą paletę emocji. Musiała pokazać, jak jej postać dojrzewa do prawdy (o sobie, a więc też o Elisabeth). Jak to zrobić, jeśli na ukazywaniu dojrzewania niektóre kilkugodzinne epopeje wykładają się z jękiem? Jej się udało, chociaż to oczywiście też kwestia odpowiedniego ułożenia scen, scenariusza, zdjęć. Ale to i tak wspaniała rola. No i zdjęcia Svena Nykvista. Zdjęcia perfekcyjne, zdjęcia, dzięki którym wystarczyła godzina i 25 minut, by wycisnąć z filmu taką skalę emocji (m.in. przez zbliżenia na twarze), a zarazem sprawić, że do filmu pasuje kilkadziesiąt kluczy. Że jest tak bogaty w treść. Tu nie ma nie ma pustych miejsc, tu nie ma miejsc, które istniałyby bez powiązania z innymi, tu nie ma niczego pretensjonalnego.
Po obejrzeniu niektórych filmów, a trochę już się ich obejrzało, wiedziałem, że mam do czynienia z arcydziełami, ale nie potrafiłem któregokolwiek z nich wysunąć przed inne. Po raz pierwszy nie mam takich oporów. "Persona" to najwspanialszy film, jaki do tej pory widziałem.
---
A, zapomniałbym. Gunnar Björnstrand na pewno by się nie obraził za to, że został pominięty przy omawianiu tego dzieła. Jego rola jest istotna - po trochu uprawomocnia tezy o jednej osobie, a nie dwóch, pokazuje też to, co w Elisabeth dochodzi do głosu - ale ostatecznie jest to tylko epizod, który aktorowi nie daje dużego pola do popisu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz