Pierwszy film po ponadtygodniowej przerwie i falstart. Myślę, że ani to moja wina, ani to wina obejrzanej ledwo co "Persony". "Hańba" Bergmana nie jest dziełem wybitnym. Temat wojenny z całym dobrodziejstwem inwentarza był już mocno eksploatowany w różnych innych miejscach, często z powodzeniem. Zabrzmi to może i brutalnie, i z lekka nonszalancko, ale o wojnie kręcili ci, których ta wojna jakoś mocniej doświadczyła, chociażby przez historię. Natomiast w trakcie oglądania "Hańby" nie mogłem się uwolnić od wrażenia, że ta wojna u Szweda to taki kwiatek u kożucha, a clue całej fabuły stanowi tradycyjny bergmanowski rozpad relacji pomiędzy dwojgiem ludzi. Tak, wiem, miało być, że przez wojnę, ale w istocie jest obok wojny. Jan (Max von Sydow) i Eva (Liv Ullmann) Rosenbergowie po prostu do siebie nie pasowali, od początku ich pożycie przypominało jazdę zdezelowanym trabantem po kocich łbach.
Historia prosta. Szwecja, fikcyjna wojna domowa pomiędzy bliżej nieokreślonymi partyzantami a jakąś tam władzą. Nie wiadomo, kto jest dobry, a kto zły. Wojna wielkimi krokami zbliża się do domu Evy i Jana Rosenbergów. Małżeństwo prowadzi niewielkie gospodarstwo i nie chce mieć nic wspólnego z działaniami wojennymi. Oboje deklarują się jako apolityczni. Chcą po prostu żyć spokojnie. Jan jest trochę dziecinny, nadwrażliwy, a pewne sytuacje wskazują, że za nadwrażliwością idzie tchórzostwo i oportunizm. Później to wypłynie na wierzch. Eva wydaje się silniejszą stroną, czasami irytuje ją zachowanie męża, można odczuć, że któregoś razu kolejne testowanie jej cierpliwości skończy się dla Jana źle. I coś pęknie. No i pęka przy okazji wojny. No bo wojna wreszcie dociera do enklawy Rosenbergów, przy okazji wikłając Evę w stosunki z pułkownikiem Jacobim (Gunnar Björnstrand). Parę sytuacji stricte związanych pejzażem wojennym wyeksponuje różnice pomiędzy Evą i Janem, przede wszystkim wystawi na próbę charakter Jana. I tak, jak Eva przechodziła wcześniej cierpliwie próby, na które wystawiał ją mąż, tak tym razem mężczyzna nie do końca poradzi sobie z sytuacją.
No i tyle. Film realistyczny. Realistyczny na tle innych filmów Bergmana i zrobiony dość konwencjonalnymi metodami, a jednocześnie ma się poczucie odrealnienia całej sytuacji. Bergmanowska wojna toczy się między wierszami, między historią rozpadu relacji Jana i Evy. Jest wobec tej historii podrzędna, wygaszona - wszystko w tym filmie jest wygaszone, co znowuż jest echem innych psychologicznych dzieł Szweda - a przecież nie takie wojny znamy z literatury i filmów. Wojny nie zostawiają miejsca na nic innego, wojny pochłaniają, wypełniają każdą szczelinę, dynamizują wszystko, wprowadzają chaos. Nie ma tu też prawie żadnych innych ludzi. Nawet tych złych, tych, których wojna wzięła w swoje tryby. Wojna w "Hańbie" jest bezcielesna. Tłok sztuczny. Głód mija bezboleśnie po dziesięciu minutach spędzonych z bohaterami filmu na łódce. Wojna to dodatek do neurozy Jana. Mogłaby to być równie dobrze śmierć dziecka albo jeszcze lepiej narodziny dziecka i zazdrość o uwagę, jaką poświęcałaby mu Eva. Albo zazdrość o kogoś innego. Albo bankructwo. Albo coś jeszcze. A wojna to przecież coś dalece innego od tych wszystkich zjawisk. Nie da się tu postawić znaku równości. Oczywiście dobrze wiem, że ci aktorzy i reżyser o wojnie wiedzieli więcej (pomimo życia w neutralnym kraju), niż ja dziecko bezpiecznego końca stulecia (przynajmniej na tej szer. geograficznej), ale tutaj Bergman chyba jednak nie oszacował należycie jej znaczenia. Wojna jako katalizator rozpadu relacji. Owszem, w jednym z miliona jej przejawów, ale tutaj ma się wrażenie, że to jedyny jej przejaw. A nawet w obrębie historii dotyczącej trzech postaci powinna mieć ona jakiś pełniejszy obraz. Pacyfistyczny wydźwięk pojawia się gdzieś tam w śladowych ilościach niejako z automatu, ale w moim odczuciu jest bez większego znaczenia. I naturalnie jego obecność i tak nie świadczyłaby o tym, że film jest lepszy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz