środa, 10 kwietnia 2013

"O tych paniach" (1964)





Dopiero co obejrzałem najsłabsze dotąd dzieło Ingmara Bergmana, nie to, że do gruntu złe i godne politowania, ale Szwed wyraźnie był na urlopie pomiędzy "Milczeniem" a "Personą". W takim towarzystwie "O tych paniach"prezentuje się jak Dawid przy Goliacie. I rzecz nie tylko w tym, że jest to komedia, ale na dodatek jest to komedia, której brakuje wiele do takich perełek, jak "Lekcja miłości" i "Uśmiech nocy". Może Bergman rzeczywiście musiał jakoś odreagować wyczerpujące filmy z tzw. trylogii pionowej? 

Krótko zatem: krytyk muzyczny Cornelius (Jarl Kulle) przyjeżdża do posiadłości słynnego wiolonczelisty Felixa z zamiarem spisania jego biografii. Ale wiolonczelisty prawie że nie zobaczy. A odbiorca to już z całą pewnością go nie zobaczy. Zamiast słynnego artysty Cornelius będzie mógł za to czerpać informacje od kobiet towarzyszących genialnemu muzykowi. Tytuł jest już jasny? No tak, w istocie film okazuje się być filmem o kobietach, a nie jakimś tam wiolonczeliście. Ten zapatrzony w nuty geniusz nie istnieje, a życie, emocje, uczucia - wszystko to noszą w sobie otaczające go niewiasty. Trzeba tu dodać, że w tej galerii kobiet znajdziemy całą paletę ówczesnych szwedzkich gwiazd. Będą to m.in.: Bibi Andersson, Harriet Andersson, Eva Dahlbeck, Gertrud Fridh, Mona Malm

"O tych paniach" nie opiera się jednak na zgrabnie poprowadzonej intrydze, jak przywołane na wstępie komedie z dawniejszych czasów. W tym dziele więcej jest chaosu, przypadku, nieskrępowanej rygorami dramatycznymi frywolności, aż po czysto operetkowo - wodewilowy charakter. Nawet za humorem nie stoją misterne dialogi, a nie rzadko u jego źródeł są najzwyczajniejsze wygłupy sceniczne i groteskowe sytuacje. Ma to wszystko urok i być może osobie, która poznała już trochę twórczość Szweda, przyjemnie będzie popatrzeć, jak reżyser sobie odreagowuje, ale to wszystko i nic ponadto. Nawet mnogość kobiecych charakterów odbiera tym postaciom scenicznej autonomii. W takim "Uśmiechu nocy" każda z ról miała pierwszorzędną wartość - była równa wobec innych i konieczna do poprowadzenia intrygi, a tutaj łatwiej o kimś zapomnieć, aniżeli zapamiętać. Co za dużo to niezdrowo! Spoiwem ostatecznie okazuje się tylko Jarl Kulle, aktor o niewątpliwym komediowym talencie, odgrywający Corneliusa. Ale talent dostosował do farsowego klimatu dzieła. Farsa - to dobre słowo. No, to odpocząłem. Czas na "Personę".

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz