wtorek, 2 kwietnia 2013

"Mroczny rycerz powstaje" (2012)



Z poczucia obowiązku i zachowania ku pamięci co wstydliwszych epizodów z mojego życia, postanowiłem zrobić wpis o obejrzanym przed kilkoma dniami Batmanie. I jako że na wszelaką aktywność otaczającego mnie świata reaguję z szybkością szachisty i szczodrością Szkota, toteż Batmanem tym nie jest ani pierwsza część trylogii Christophera Nolana, ani druga, tylko ostatnia, czyli "Mroczny rycerz powstaje". Raz jeszcze przekonałem się o słuszności odkryć Einsteina, otóż niespodzianie doszło do zagięcia czasoprzestrzeni i prawie trzygodzinny film upłynął mi w ciągu godziny. Rzecz warta wzmianki, bowiem niedawna próba obejrzenia zbliżonej czasowo "Jackie Brown" Tarantino skończyła się po piętnastu minutach, które ciągnęły mi się w nieskończoność.

Po Batmanie, w przeciwieństwie do wielu krytycznie nastawionych osób, spodziewałem się, o przewrotny losie, filmu rozrywkowego, tj. takiego filmu, przy którym moja nasycona obrazami i wrażeniami wyobraźnia, znajdzie ukojenie. Tzn. otępienie. No i doznałem otępienia, jestem zadowolony, nie zamierzam też robić analizy psychologicznej ludziom z walącego się stadionu, którym instynkt nie podpowiedział, żeby uciekać, ani obliczać prawdopodobieństwa, z jakim Batman mógłby ewakuować się niepostrzeżenie swoim statkiem powietrznym (nie pomnę nazwy, bat coś?) do zakamuflowanej jaskini, nie wspominając o kilku tysiącach policjantów, żywiących się przez parę miesięcy listami od detektywa Robina aka Johna Blake'a (Joseph Gordon - Levitt). Prawdę mówiąc, uświadomiłem to sobie post factum. Filmy Nolana to prawdopodobnie jedne z bardziej dynamicznych dzieł, jakie przyszło mi oglądać. Nie chodzi tylko o akcję, ale również nawarstwianie wątków i różne wygibasy parapsychologiczne, tj. żonglowanie motywami i odczuciami, które kierują poszczególnymi postaciami. W tym aspekcie dochodzi do różnych wolt, nie tylko wolt zresztą, ale również demaskacji i auto-demaskacji. Te fabularne zakrętasy mają prawo odbić się czkawką.

Ale co głównej osi, to wygląda ona następująco. Batman (Christian Bale) ukrył się po wydarzeniach z poprzedniej części, jako że wziął na siebie winę za śmierć Denta (w rzeczywistości ocalił komisarza Gordona, którego gra po raz trzeci Gary Oldman, przed zmienionym Dentem "Dwie Twarze"). A wszystko po to, żeby Prawo Denta miało dalej swoją legitymizację w postaci legendy jego autora. Po paru latach pojawia się jednak nowy wróg, Bane (Tom Hardy), osobnik w masce, o głosie ciemiężonego odkurzacza. Facet robi rozróbę w mieście i dąży do demaskacji mitu Harveya Denta, co zresztą doprowadzi w końcu do anarchii w okolicy. Ach, no i chce wykorzystać reaktor jądrowy należący do Wayne Enterprises (w założeniu miał dać tanią energię miastu) do mniej pacyfistycznych celów. Jako że na domiar złego firma Bruce'a Wayne'a jest w tarapatach, toteż sam zainteresowany w końcu wychodzi z mrocznych czeluści swojego pałacu. Pierwsza konfrontacja z Banem - m.in. za sprawą kobiety kot (Anne Hathaway) - nie zakończy się dla Batmana pomyślnie...

No, już na podstawie małego streszczenia widać, że dużo się dzieje, a nawet nie zasygnalizowałem istnienia niektórych, niezwykle istotnych dla filmu, postaci. Z ciekawostek można nadmienić, że Nolan w ostatniej części podryfował w bardziej realistyczną estetykę. Nie, nie chodzi o akcję, tylko o sposób pokazania miasta, które jest przecież niezwykle ważne w uniwersum batmanowym. Tym razem mniej jest miasta nocą, emanacja dzikości i zła pokazuje swoje oblicze za dnia. Ale po prawdzie, to sam Bane więcej ma w sobie terrorysty, aniżeli postaci na wskroś demonicznej czy groteskowej. Dumania towarzyszą naturalnie bohaterowi odgrywanemu przez Christiana Bale'a, ale to zostało zapoczątkowane w poprzednich częściach, dodajmy jeszcze do tego ambiwalencję w ocenie postaw i całkowite zdystansowanie się wobec jakichkolwiek instytucji. Oczywiście to immanentna cecha komiksowych historii, traktujących o super bohaterach - jednostka sama wszystko załatwia w zastępstwie instytucji prawa, ale tutaj nieudolność tychże instytucji, ba, nieudolność to za mało powiedziane, raczej obligatoryjny rak toczący te instytucje, sprawiają, że poświęcenie Batmana trzeba opatrzyć znakiem zapytania. Po co on się poświęca? W Nolanowym świecie to jednak permanentny chaos, jak chciał Joker, jest dominujący. I ostatecznie wartością najwyższą nie okazuje się poświęcenie, widać Nolanowi towarzyszył zmysł autokrytyczny i zauważył, że pozytywne skutki tego poświęcenia są na wodzie pisane, ale szczęście osobiste i wolteriańskie uprawianie własnego ogródka. Ot i tacy bohaterowie, z finałem skrojonym na gusta popcornowych, filisterskich obżartuchów. Ale to takie dywagacje na marginesie dobrego filmu akcji.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz