Niespodziewanie dostałem na odlew, a wszystko przez kolejny obejrzany przeze mnie film Ingmara Bergmana.
Film, którego nie uniosłem, film, któremu nie sprostałem. I nie wiem,
czy mu sprostam. "Jak w zwierciadle" jest pierwszym utworem w tzw.
"trylogii pionowej". Trylogia ta, na co wskazuje już pośrednio jej
tytuł, traktuje o relacji człowieka z Bogiem. Siłą rzeczy jednak, pod
pustym niebem, okazuje się, że od relacji pionowej bardziej wyraźne są
są relacje poziome, czyli te, które łączą czwórkę filmowych bohaterów.
Tylu
tylko aktorów zobaczymy na ekranie. Bergman robił już wprawdzie dość
kameralne filmy, niemniej "Jak w zwierciadle" jest pierwszym, w którym
kameralność jest tak dojmująca. To wrażenie potęguje cisza, zimny,
nadmorski pejzaż, fizyczna współobecność czterech osób, fizyczna, ale
już nie mentalna. Mówią do siebie, ale nie rozumieją się, każde z nich
tworzy swój zaklęty krąg. David (Gunnar Björnstrand) jest pisarzem, dopiero co wrócił ze
Szwajcarii i kończy kolejną powieść. Towarzyszy mu dwoje dzieci: chora
psychicznie córka Karin (Harriet Andersson) oraz syn Fredrik zwany Minusem (Lars Passgård). Partnerem
dziewczyny jest starszy od niej Martin (Max von Sydow). Treść tego dzieła ogniskuje się
przede wszystkim w osobie Karin. Pozostali (ojciec i Martin) obawiają
się, że choroba dziewczyny znowu da niedługo o sobie znać. I faktycznie,
daje. To w Karin i jej chorobie, pozostali mają okazję przejrzeć się,
jak w zwierciadle, a w rezultacie częściowo odsłonić się z różnym skutkiem
przed pozostałymi. Gdzie jest zatem Bóg? Bóg przywołany jest w
sposób dwuznaczny, a to dlatego, że to schizofrenia staje się narzędziem
obcowania z Najwyższym. Oczywiście wszystko wskazuje na czysto
chorobowe źródło kontaktów Karin z nadprzyrodzonym, ale gdzieś tam
Bergman pozostawił margines na niewiadomą, pomimo obrazowe negacji
dokonanej w przejmującej (przerażającej nawet) scenie rozmowy dziewczyny
z niewidzialnym.
Czas
odpoczynku, bycia razem, staje się czasem próby, czasem wyjścia z
kokonu własnych przyzwyczajeń. Tak się dzieje przede wszystkim w
przypadku Davida, którego życie jest formalną zgrywą, a kontakty z
dziećmi mają czysto powierzchowny wymiar. To czas przekraczania granicy
dojrzałości przez Fredrika, tylko po to, aby po drugiej stronie zobaczyć
pustkę, wreszcie jest to próba miłości. Martin kocha Karin i chce się
nią opiekować. Ale to nic. To nic nie znaczy. To także czas odkrywania
pustki przez samą Karin - u celu jej podróży będzie nie Bóg, ale szpital
psychiatryczny. Utwór ma pesymistyczną wymowę, tego nie da się
przypudrować ideą miłości. Recepta Davida jest banalna. Zastanawiam się,
czy Bergman w to naprawdę wierzył. Tradycyjnie już, na stwierdzenie:
"Boga nie ma, a niebo jest puste" odpowiada się: "To nic. Miłość jest
Bogiem. Kochajmy się". David podsuwa taką odpowiedź, a jednak film
pokazuje coś innego. Bez Boga wiele rzeczy traci swój fundament, forma
bez treści nie jest w stanie zaspokoić człowieka. Relacja pionowa ma
swoje przełożenie na relację poziomą. Pustka staje się wszechobejmująca.
Miłość? Miłość też jest zatem tylko pustym słowem, formalną błyskotką
godną kolejnej powieści Davida.
Być
może film z oporem przyswajałem także przez postać Karin. Początkowo
tłumaczyłem sobie to awersją do robienia z choroby psychicznej medium,
boskiego narzędzia. Myślałem: to pretensjonalne i trywialne. I to
wszystko. Teraz myślę, że to rodzaj mizoginizmu, bo nie w chorobie
rzecz, tylko w bohaterce. Szaleństwo wielu męskich bohaterów z łatwością
przyswajałem i akceptowałem. Interpretowałem ich bluźnierstwa. Ot,
pierwszy z brzegu, podobny w schizofrenicznej aurze do Karin - Klaus
Kinski z "Woyzecka" (kto wie, czy to właśnie nie była najlepsza rola
Kinskiego w filmach z Herzogiem). Ta rola frapowała mnie i intrygowała.
Nie odrzucała. Schizofreniczne kobiety mnie odrzucają, ale nie przez
strach. Mam wrażenie, że zawsze jest w ich chorobie wyłącznie odbicie
ich kontaktów z mężczyznami albo, że tym tylko ostatecznie żywi się ich
szaleństwo. Że nic więcej nie ma do opowiedzenia. Nawet tutaj, w filmie
Bergmana, choroba jest jakby celowo eksponowanym narzędziem kontaktu z
mężczyznami. Ustawia się ich przez tę chorobę. Albo wykorzystuje jak Fredrika. Relacja z Bogiem jest
wyłącznie drugoplanowym rekwizytem. Tylko tyle. Ale to już moje
wrażenia, trącące, być może, daleko posuniętym subiektywizmem.
"Jak
w zwierciadle" ma świetne kreacje aktorskie. Lars Passgård nie traci
dystansu do starszych, nie daje się zdominować, ale też nie sposób nie
zauważyć dojrzałości w grze pozostałych aktorów. Kiedy zacząłem oglądać
filmy Szweda, Björnstrand z miejsca mnie zachwycił, ale potem
spostrzegłem się, że przecież głównie gra role komediowe, co oczywiście w
niczym nie umniejszało jego umiejętności (to są świetne kreacje), w
"Jak w zwierciadle" rozwiewa jednak wątpliwości. Oczywiście to Harriet
Andersson można przypisać najtrudniejszą do odegrania rolę, wszak
przyszło jej oddać chorobę psychiczną, ale uzewnętrznić to, czego nie
ma, to też sztuka. A Davida wypełnia pustka, inne potrzeby, treść,
miłość zaczynają dopiero kiełkować. To wszystko widać, tak samo, jak
widać niefrasobliwość Martina w jego próbach dogodzenia Karin oraz nieumiejętność dostrzeżenia muru, który ich oddziela. Przynajmniej do czasu. Film przynosi rozwiązanie, chociaż jest ono o lata świetlne odległe od początkowej sceny, kiedy to roześmiane i dowcipkujące postaci wychodzą z morza na plażę.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz