czwartek, 4 kwietnia 2013

"Jak w zwierciadle" (1961)



Niespodziewanie dostałem na odlew, a wszystko przez kolejny obejrzany przeze mnie film Ingmara Bergmana. Film, którego nie uniosłem, film, któremu nie sprostałem. I nie wiem, czy mu sprostam. "Jak w zwierciadle" jest pierwszym utworem w tzw. "trylogii pionowej". Trylogia ta, na co wskazuje już pośrednio jej tytuł, traktuje o relacji człowieka z Bogiem. Siłą rzeczy jednak, pod pustym niebem, okazuje się, że od relacji pionowej bardziej wyraźne są są relacje poziome, czyli te, które łączą czwórkę filmowych bohaterów.

Tylu tylko aktorów zobaczymy na ekranie. Bergman robił już wprawdzie dość kameralne filmy, niemniej "Jak w zwierciadle" jest pierwszym, w którym kameralność jest tak dojmująca. To wrażenie potęguje cisza, zimny, nadmorski pejzaż, fizyczna współobecność czterech osób, fizyczna, ale już nie mentalna. Mówią do siebie, ale nie rozumieją się, każde z nich tworzy swój zaklęty krąg. David (Gunnar Björnstrand) jest pisarzem, dopiero co wrócił ze Szwajcarii i kończy kolejną powieść. Towarzyszy mu dwoje dzieci: chora psychicznie córka Karin (Harriet Andersson) oraz syn Fredrik zwany Minusem (Lars Passgård). Partnerem dziewczyny jest starszy od niej Martin (Max von Sydow). Treść tego dzieła ogniskuje się przede wszystkim w osobie Karin. Pozostali (ojciec i Martin) obawiają się, że choroba dziewczyny znowu da niedługo o sobie znać. I faktycznie, daje. To w Karin i jej chorobie, pozostali mają okazję przejrzeć się, jak w zwierciadle, a w rezultacie częściowo odsłonić się z różnym skutkiem przed pozostałymi. Gdzie jest zatem Bóg? Bóg przywołany jest w sposób dwuznaczny, a to dlatego, że to schizofrenia staje się narzędziem obcowania z Najwyższym. Oczywiście wszystko wskazuje na czysto chorobowe źródło kontaktów Karin z nadprzyrodzonym, ale gdzieś tam Bergman pozostawił margines na niewiadomą, pomimo obrazowe negacji dokonanej w przejmującej (przerażającej nawet) scenie rozmowy dziewczyny z niewidzialnym.

Czas odpoczynku, bycia razem, staje się czasem próby, czasem wyjścia z kokonu własnych przyzwyczajeń. Tak się dzieje przede wszystkim w przypadku Davida, którego życie jest formalną zgrywą, a kontakty z dziećmi mają czysto powierzchowny wymiar. To czas przekraczania granicy dojrzałości przez Fredrika, tylko po to, aby po drugiej stronie zobaczyć pustkę, wreszcie jest to próba miłości. Martin kocha Karin i chce się nią opiekować. Ale to nic. To nic nie znaczy. To także czas odkrywania pustki przez samą Karin - u celu jej podróży będzie nie Bóg, ale szpital psychiatryczny. Utwór ma pesymistyczną wymowę, tego nie da się przypudrować ideą miłości. Recepta Davida jest banalna. Zastanawiam się, czy Bergman w to naprawdę wierzył. Tradycyjnie już, na stwierdzenie: "Boga nie ma, a niebo jest puste" odpowiada się: "To nic. Miłość jest Bogiem. Kochajmy się". David podsuwa taką odpowiedź, a jednak film pokazuje coś innego. Bez Boga wiele rzeczy traci swój fundament, forma bez treści nie jest w stanie zaspokoić człowieka. Relacja pionowa ma swoje przełożenie na relację poziomą. Pustka staje się wszechobejmująca. Miłość? Miłość też jest zatem tylko pustym słowem, formalną błyskotką godną kolejnej powieści Davida.

Być może film z oporem przyswajałem także przez postać Karin. Początkowo tłumaczyłem sobie to awersją do robienia z choroby psychicznej medium, boskiego narzędzia. Myślałem: to pretensjonalne i trywialne. I to wszystko. Teraz myślę, że to rodzaj mizoginizmu, bo nie w chorobie rzecz, tylko w bohaterce. Szaleństwo wielu męskich bohaterów z łatwością przyswajałem i akceptowałem. Interpretowałem ich bluźnierstwa. Ot, pierwszy z brzegu, podobny w schizofrenicznej aurze do Karin - Klaus Kinski z "Woyzecka" (kto wie, czy to właśnie nie była najlepsza rola Kinskiego w filmach z Herzogiem). Ta rola frapowała mnie i intrygowała. Nie odrzucała. Schizofreniczne kobiety mnie odrzucają, ale nie przez strach. Mam wrażenie, że zawsze jest w ich chorobie wyłącznie odbicie ich kontaktów z mężczyznami albo, że tym tylko ostatecznie żywi się ich szaleństwo. Że nic więcej nie ma do opowiedzenia. Nawet tutaj, w filmie Bergmana, choroba jest jakby celowo eksponowanym narzędziem kontaktu z mężczyznami. Ustawia się ich przez tę chorobę. Albo wykorzystuje jak Fredrika. Relacja z Bogiem jest wyłącznie drugoplanowym rekwizytem. Tylko tyle. Ale to już moje wrażenia, trącące, być może, daleko posuniętym subiektywizmem.

"Jak w zwierciadle" ma świetne kreacje aktorskie. Lars Passgård nie traci dystansu do starszych, nie daje się zdominować, ale też nie sposób nie zauważyć dojrzałości w grze pozostałych aktorów. Kiedy zacząłem oglądać filmy Szweda, Björnstrand z miejsca mnie zachwycił, ale potem spostrzegłem się, że przecież głównie gra role komediowe, co oczywiście w niczym nie umniejszało jego umiejętności (to są świetne kreacje), w "Jak w zwierciadle" rozwiewa jednak wątpliwości. Oczywiście to Harriet Andersson można przypisać najtrudniejszą do odegrania rolę, wszak przyszło jej oddać chorobę psychiczną, ale uzewnętrznić to, czego nie ma, to też sztuka. A Davida wypełnia pustka, inne potrzeby, treść, miłość zaczynają dopiero kiełkować. To wszystko widać, tak samo, jak widać niefrasobliwość Martina w jego próbach dogodzenia Karin oraz nieumiejętność dostrzeżenia muru, który ich oddziela. Przynajmniej do czasu. Film przynosi rozwiązanie, chociaż jest ono o lata świetlne odległe od początkowej sceny, kiedy to roześmiane i dowcipkujące postaci wychodzą z morza na plażę.

Film mocno eksploatuje widza. Do powtórzenia.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz