wtorek, 26 marca 2013

"Bękarty wojny" (2009)



Myślałem, że już nie obejrzę żadnego filmu Quentina Tarantino. Tak sobie zakładałem. Ot pewnego dnia, po obejrzeniu kolejnej produkcji tego pana, uznałem, że nie powinienem spodziewać się po nim niczego nowego i niczego, co by nie było taplaniem się w kałuży. Każde inne nastawienie to wiara w to, że po sobocie będzie poniedziałek. Ale w końcu się złamałem z czysto poznawczych motywów, co więcej zamierzam uzupełnić swoją znajomość filmografii  Amerykanina o "Django". Za mną jednak "Bękarty wojny", obejrzane bez rojeń na temat ewentualnego zagięcia czasoprzestrzeni. Wiedziałem, że po sobocie będzie niedziela i być może z tego powodu przełknąłem ten film bez trudności. Nawiasem mówiąc, w tym, że to wiedziałem nie ma niczego wyjątkowego. Większość ludzi wie, że w przypadku Tarantino po sobocie będzie niedziela i właśnie dlatego oglądają jego dzieła.

A jednak! A jednak film różni się w paru aspektach od wcześniejszych dzieł. Pomimo wielowątkowości, ma linearną konstrukcję, bez zabaw chronologią i bez przerywników odbiegających mocno od głównego wątku. Ten wątek dotyczy zemsty. Mszczą się amerykańscy Żydzi pod dowództwem porucznika Aldo Raine'a (Brad Pitt). Oczywiście na nazistach (poszukiwacze spisków nie powinni się martwić, w filmie, pomimo tego, że jego wartość historyczna jest równa zeru, na tyle często mówi się o Niemcach, że nie ma wątpliwości co do tego, że naziści nie byli kosmitami), zemstą pała też Shosanna Dreyfus (Mélanie Laurent), francuska Żydówka, której rodzina została wymordowana przez żołnierzy Hansa Landy (Christoph Waltz). Właściwie to zabita. Zamordowana brzmi zbyt dramatycznie i poważnie, a jak wiemy, w filmach Tarantino ludzi zabija się beztrosko i w hurtowych ilościach. Plany bękartów wojny dowodzonych przez Aldo Raine'a oraz plany Shosanny zbiegną się w jednym punkcie, tj. w kinie, którego ta ostatnia jest właścicielką. Goebbels (Sylvester Groth) zgadza się, aby wyświetlono tam premierę najnowszego propagandowego filmu o bohaterze wojennym z Rosji, Fredericku Zollerze (Daniel Brühl), który notabene czyni Shosannie awanse. "Miłość" tej pary zakończy się w nadzwyczaj groteskowy sposób. Wracając do kina - ma się tam zebrać cała śmietanka dygnitarzy III Rzeszy z samym Hitlerem (Martin Wuttke) na czele. No to chyba wiadomo już, co Bękarty i Shosanna zamierzają uczynić (każde z nich na własną rękę). I łatwo też się domyślić, że z grona nadętych, patetycznych Niemców tylko jeden Landa będzie w stanie im przeszkodzić.

Tarantino nie odmówił sobie zrobienia lekko dygresyjnych scen, które, co prawda nie tracą łączności z głównym wątkiem, ale również dobrze mogło by ich nie być. Jak to już bywa u tego reżysera często to właśnie te sceny uzyskują rangę małych perełek. W "Bękartach wojny" taką sceną jest konspiracyjne spotkanie Bękartów (przebranych w mundury Niemców) z niemiecką aktorką - szpiegiem i informatorką, Bidget Von Hammersmark (Diane Kruger). Pech chce, że w tej samej knajpie świętują młodzi niemieccy żołnierze, ale z tymi jeszcze pół biedy, za ścianą siedzi wysoki niemiecki oficer (August Diehl). Jednego z Brytyjczyków (Michael Fassbender) zdradza akcent. Tarantino doskonale stopniuje tu napięcie, uzupełniając scenę o tradycyjne dla siebie, błyskotliwe dialogi. Resztę, nie będę tu odbiegał od opinii innych, wypada oddać kreacji stworzonej przez Christopha Waltza. Moje policzki płoną, włos jeży się na głowie i brak mi tchu, ale chciałem, żeby Landa pokrzyżował plany Bękartów, spłatał im psikusa, bo w gruncie rzeczy to miły facet. Zna języki, lubi precle, jest inteligentny, uśmiecha się do ludzi i z każdym prowadzi grę. I za tę grę, prowadzoną z każdą postacią - od początku do końca, tak bardzo się go lubi. A jeśli nie wzbudza lubienia, to magnetyzuje. Ale bez ochów, nie znam tego aktora, może zagrał siebie? Tu się sprawdził bardzo dobrze. Pittowi, zdaje się, dostało się trochę za rolę w tym filmie. Według mnie bywało u niego gorzej. Ten Amerykanin importowany z XXI wieku musiał być przecież celową zagrywką Tarantino. Poza tym tysiąc innych gwiazd, tych mniej znanych i bardziej, niektóre z nich w całkiem ciekawych konfiguracjach i nie mniej ciekawych kreacjach. Po filmach Tarantino zdarzało mi się pytać samego siebie: "Po co?". Nie dlatego, żebym potrzebował konsekwentnej, tradycyjnie poprowadzonej fabuły, czasami filmy ze skąpą fabułą mówią więcej, aniżeli zramolałe epopeje. Ale u Tarantino wyciąga się tylko cukiereczki z koszyka, po zjedzeniu ich nic zaś nie zostaje. Pomimo, że były takie przyjemne w smaku. "Bękarty wojny" mogłem oglądać przynajmniej dla rozwiązania akcji, tj. aby dowiedzieć się, jak zakończy się rywalizacja Landy z Bękartami. Przyzwoity film. 


---

Zrobiłem przerwę od Bergmana. Odpoczywam. I dobrze mi ta przerwa zrobiła, bo już mi brakuje jego filmów.

3 komentarze:

  1. Po co?
    Choćby po to, żeby wywołać katharsis - po tych wszystkich scenach (zwłaszcza scenach dialogów), w których napięcie rośnie do wysokiego poziomu, mamy dość makabryczną, ale lekko podaną i cieszącą oko rzeź w teatrze. Historia, której od początku nie traktowało się zbyt serio, momentami śmieszyła, ale mimo to wzbudzała emocje, zostaje wzięta na koniec w wielgachny cudzysłów, i z widza, jak z przekłutego balonika, schodzi całe napięcie. Fajne uczucie.

    Poza tym Tarantino poczuł chyba w sobie jakąś misję do wypełnienia, pomszczenia za pomocą kina różnych pokrzywdzonych przez historię. No więc w Deathproof mszczą się kobiety na facetach, w Bękartach Żydzi na Niemcach, a w Django czarny na białych. Nie że jest w tym coś wielkiego, ale też nie jest tak, że się zupełnie nic za tymi filmami nie kryje. Swoją drogą, oglądając Django miałem przykre wrażenie, że to z grubsza powtórka z Bękartów, tylko w trochę innej scenerii. Ciekawy jestem, jak Ty to widzisz, skoro oglądałeś jedno po drugim.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za komentarz :)

      Film, ani ten, ani żaden inny autorstwa Tarantino, nie wywołał we mnie katharsis, właśnie dlatego, że w jego dziełach wszystko jest nieustannie w masie cudzysłowów. Z czego tu ma schodzić powietrze? Tak jak pisałem, ciężko jest nawet użyć słowa "morderstwo" (które ma w sobie coś z realistycznej brutalności, coś z faktu, a nie fikcji), w stosunku do tych produkcji, bo zbyt lekko sobie poczynają, aby zasługiwały na tak poważne słowa. Tarantino dziesiątki razy przekuwa już wcześniej ten mały balonik, a to w barowej scenie, a to w scenie, gdy Żydowski Niedźwiedź uderza kijem bejsbolowym Niemca, a to w groteskowym finale zalotów Zollera do Shosanny. W rezultacie, kolejne przebicie balonika nie robi większego wrażenia. Przynajmniej na mnie. Zresztą nawet ten drugoplanowy Żydowski Niedźwiedź, czyli ten sam, który na koniec szyje serami z karabinu, jest postacią w cudzysłowie. Nie jest to może cudzysłów na miarę tego, w którym umieszczono rolę Pitta, ale "luzackość" jest obecna. Detonuje zawczasu jakiekolwiek napięcie. Napięcie, moim zdaniem, w przypadku Tarantino to sprawa zawężona do poszczególnych scen, osiągana przy pomocy dialogów, jak ta w barze. Także, podsumowując, napięcie nie miało z czego schodzić, nie było balonu, który miał pęknąć, a jeśli był - to jeden z wielu. Za mało na katharsis.

      Co do pomszczenia uciskanych, to odpierałbym zarzuty tym samym sposobem, co w pierwszym akapicie. Wzięcie w nawias to przecież nie tylko sprawa czysto formalna, automatycznie w nawias bierze się też przekaz. Chyba dopiero "Django" jest pierwszym, tak "normalnym", jak na Tarantino filmem. I z tą normalnością, moim zdaniem, nie do końca sobie poradził. Nie tylko idzie o dość tradycyjny sposób prowadzenia fabuły, ale również o to, że bez różnych, typowych dla siebie chwytów formalnych, stworzył rzecz, ni to aspirującą do czegoś poważnego, ni to zabawną. Takie moje odczucia: stracił właściwą sobie ikrę, tj. umiejętność zaskakiwania widza i tworzenia niezwykle nośnych tekstów (nie na poziomie jakichś pojedynczych fraz, ale całych scen), a zarazem jednak to zdecydowanie za mało, żeby film miał coś naprawdę opowiedzieć i przekazać. Chociaż muszę powiedzieć, że jakieś niewyraźne echo katharsis (ja bym to nazwał mniej górnolotnie: aktem kompensacji) pojawia się tu pod koniec. Tak, tu jest bardziej wyczuwalne, aniżeli w "Bękartach wojny". Dla mnie to za mało.

      Co do tego katharsis, to przypomniała mi się jedna z ostatnich scen "Dzikiej bandy" Sama Peckinpaha. Tamten film przewartościował całkowicie tradycję westernu (z właściwą tym nowym produkcjom ignorancją), ale, mimo wszystko, zrobił to całkiem serio, co skutkowało tym, że i ta końcowa krwawa łaźnia niosła ze sobą coś na kształt autentycznego oczyszczenia. Czuło się to.

      U Tarantino nie czuję. On to podminowuje nawet tą gangsterską muzyką w tle. Nie, nie, za dużo tych dysonansów, nawiasów i cudzysłowów :)

      Usuń
    2. O rany, ale się rozpisałem. Nawet nie zauważyłem jakoś.

      Usuń