piątek, 5 kwietnia 2013

"Goście Wieczerzy Pańskiej" (1963)



Po obejrzeniu "Gości Wieczerzy Pańskiej" znowu oddaliłem się od tego, co można by określić relacją pionową. Początek filmu, wygięte w konwulsyjnym bólu ciało Chrystusa - figury, śmierć jednego z bohaterów, wewnętrzna męczarnia pastora. Film wypłukał mnie z jakiejkolwiek nadziei. Jeśli przez dwa ostatnie lata stawiałem krok do przodu, to wczorajszego wieczoru, w ciągu niecałych dwóch godzin, postawiłem krok wstecz. Moja wyobraźnia znowu znalazła się w szponach historyzmu i relatywizmu. Nie ma się czego uchwycić. Mógłbym spokojnie stanąć po drugiej stronie, tak jak stałem tam ponad dwa lata temu. To proste. Tak nieprawdopodobnie łatwo obrócić wszystko wniwecz, uśmiechnąć się ironicznie, wytłumaczyć, że to tylko słowo. I tamto. I tamto również. Same słowa i nic ponadto. Puste formy tak jak pusty jest kościół z filmu Bergmana.

I nawet nie mogę wyrazić współczucia dla ruin Chrześcijaństwa oraz szacunku dla tych, którzy swoją niewiarę boleśnie przepracowali. Jak Bergman. Nie mogę, bo ta walka była tylko odbiciem historycznego kontekstu. Dzisiaj Bergman nie nakręciłby już takiego filmu. A niejeden z dzisiejszych bezmyślnych i zaciekłych ateistów jeszcze kilkadziesiąt lat temu być może musiałby ten swój ateizm najpierw solidnie przepracować.

Chociaż jeszcze coś mi nie pozwala przyznać temu "dzisiaj" bezwzględnej racji i przewagi. Bo niby czemu? To dzisiaj tym bardziej jest wytworem czasów. Trzeba być konsekwentnym w pisaniu złotymi zgłoskami "nie wiem".

I rozumiem Jonasa Perssona. Naprawdę go rozumiem. Można to było zrobić z tego powodu jeszcze w XX wieku. Dzisiaj już chyba nie. Dzisiaj już nie trzeba kręcić o tym filmów. Na pewno.

---

Ingrid Thulin wcale nie podobała mi się najbardziej w swoim monologu - liście. Najbardziej podobała mi się, kiedy Tomas bez litości - także dla siebie - ciął ją słowami. Mniej więcej od tego momentu, kiedy mówi jej, że jej nie chce. Nie pamiętam czy kiedykolwiek wcześniej widziałem tak odegraną bezradność miłości. Nie potrzeba tu żadnych przymiotników. To jest właśnie bezradność miłości.


A, pisałem coś wczoraj o możliwościach Gunnara Björnstranda do odgrywania postaci głęboko tragicznych? No tak, teraz już wszystko jest jasne.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz