"Godziny wilka" Ingmara Bergmana miłośnikom horroru bym nie polecił, pomimo subtelnego etykietkowania tego dzieła mianem filmu grozy. Ale jest to horror bergmanowski, stylistyczne cacuszko, którego esencją są oniryczne wstawki, w tym poetyka rodem z koszmaru sennego. Możliwe, że będę musiał obejrzeć film jeszcze raz, żeby sobie sprawić przyjemność jego formą. Bo jeśli idzie o ukryte znaczenia, to w ogólnym zarysie jest w miarę czytelny. I jakoś mnie nie poruszył. Nie tym razem.
Johan Borg (Max von Sydow) i Alma Borg (Liv Ullmann) uciekają przed światem na wysepkę, by wieść tam żywot spokojny, bez ingerencji tego wszystkiego, co tłamsi niezależność artysty w społeczności. Bo Johan jest artystą - malarzem. Dość prędko okazuje się jednak, że małżeństwo nie zdołało uciec przed światem, a to dlatego, że problem leży nie na zewnątrz, tylko wewnątrz. Johana trapią różnorakie demony. Mężczyzna zaczyna się pomału pogrążać w trapiących go koszmarach. Alma także zapoznaje się z tym problemem za pośrednictwem dziennika, który prowadzi jej mąż. Jak można się domyślić, z czasem warstwa realistyczna będzie coraz bardziej oddawać pola fantastyczno - groteskowym obrazom. Johana napastować będą dziwni ludzie z położonego nieopodal zamku, w tym również pewna kobieta, Veronica Vogler (Ingrid Thulin).
Nie twierdzę, że film nie zasługuje na głębsze odczytanie, ba, nawet coś mi mówi, że warto byłoby do niego jeszcze wrócić, coś mnie do niego ciągnie, jednak w tym momencie widzę w nim przede wszystkim dwa dominujące wątki. Jeden mówi o tradycyjnej już konfrontacji artysty ze społecznym odbiorem i ignorancją odbiorców, a drugi przywołuje niemożność pogodzenia artystycznej wyobraźni oraz niezależności z przysłowiowym "uprawianiem własnego ogródka". Gdzieś w głębi Johana drzemią po prostu pokłady dziwacznych pragnień - marzeń o życiu innym, pełniejszym, niezależnym od rodzinnych powinności, o miłości innej, pełniejszej i bardziej intensywnej, aniżeli związek z łagodną żoną. Dla mężczyzny upostaciowieniem tych pragnień jest m.in. Veronica Vogler. To kobieta fatalna. Symbolizuje zarówno wampiryzm miłości, której pragnie Johan, jak i wampiryzm niszczącej sztuki. Echo modernizmu końca XIX i początku XX wieku oraz tradycja Strindbergowska są aż nadto widoczne. Nie wiem, na ile osobisty był to film Bergman. Gdyby sugerować się doświadczeniem głównego bohatera, należałoby stwierdzić, że był to moment kryzysowy (pewnie jeden z wielu), bo przecież Johan prawie nie tworzy. Dał się porwać swoim koszmarom, a te wcale nie wyzwoliły w nim twórczej siły, tylko pożarły, wyssały do końca potencjał artysty.
To dziwne, teraz, gdy patrzę wstecz na ten film, nie wydaje mi się już tylko mocno wystylizowaną opowiastką, jeszcze jednym dziełem wiążącym ze sobą artyzm ze schizofrenią mocnym, nierozerwalnym supłem, teraz "Godzina wilka" wydaje mi się filmem niezwykle gorzkim. Może jednym z najbardziej pesymistycznych dzieł Bergmana? Pamiętamy dzisiaj o wielu filmach Szweda, ale ten obraz jakoś uległ zatarciu, czai się gdzieś ukryty, a przecież wielce prawdopodobne jest, że stanowi świadectwo tego, że i twórca tego dzieła miał swoją godzinę wilka. A ilu było takich, którzy tak jak Johan nie wyszli zwycięsko z tej potyczki z wampiryczną sztuką?
Pewnie w czasach postmoderny, czy też po prostu postnowoczesności, takie artystowskie inklinacje mogą wydawać się czymś anachronicznym, dzisiaj relacja sztuki i artysty to relacja osadzona bądź na kontrakcie, bądź na twardym gruncie kolejnych ideologii. Ale czy w każdym wypadku? Wątpię.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz