poniedziałek, 18 marca 2013

"Źródło" (1960)



"Źródło", film zrealizowany przez Bergmana na początku 1960 roku odchodzi od autotematyzmu zaprezentowanej wcześniej "Twarzy" (los artysty, sztuka i jej miejsce w społeczeństwie), koncentrując się na podstawowych zagadnieniach moralnych, a także relacji człowieka z Bogiem. Nie powinno dziwić usytuowanie historii w wiekach średnich, dzięki temu łatwiej  było wydobyć dramaturgię dialogu z Najwyższym, a także skonfrontować autentycznie religijną postawę bohaterów z doświadczeniem tragedii. Tym samym "Źródła" nie można w żaden sposób określić dziełem z gruntu anachronicznym. Przeciwnie, to, co widzimy w tym filmie - reakcje i zachowanie bohaterów - jak najbardziej pasuje, a przynajmniej wydaje się pasować, do ducha epoki. Bo czy dzisiaj, czy nawet w czasach Bergmana, ten rodzaj wrażliwości religijnej jest jeszcze możliwy?

Ale po kolei. Fabuła "Źródła", opowiedziana sucho i skrótowo, mogłaby przywieść na myśl średniowieczne rape&revenge, ale to jest Bergman, zatem dowcip ten ma rację bytu, gdy pozostaniemy przy streszczeniu. Na odludziu żyje szlachic, Töre (Max von Sydow) wraz z rodziną: żoną, Märetą (Birgitta Valberg) oraz ukochaną, dziewiczą córką, Karin (Birgitta Pettersson). Jest jeszcze druga, ciężarna Ingeri (Gunnel Lindblom), prawdę mówiąc nie wiadomo, czy przybrana, czy nie, dość powiedzieć, że stoi wyraźnie niżej w rodzinnej hierarchii. Na domiar wszystkiego czarnowłosa, nieustannie nasrożona i mniej kochana córka wyznaje potajemnie Odyna, podczas, gdy resztę rodziny i czeladź stanowią głęboko religijni Chrześcijanie. Ich wiara zostanie jednak już lada moment wystawiona na wielką próbę. Karin wyjeżdża do kościoła wraz z Ingeri, ale po drodze, opuszczona przez przeczuwającą tragedię siostrę, wpada w łapy bezwzględnych pasterzy, którym towarzyszy młody chłopak. Dochodzi do zbrodni. Już niebawem bandyci trafią do domu Töre'a. Czy dosięgnie ich zemsta?


I czy zemsta jest uzasadniona? To oczywiście jedno z podstawowych zagadnień obecnych w "Źródle", w końcu tragedia dotyka autentycznie wierzących ludzi. Doświadczeni już wcześniej przez stratę dziecka (zejście na złą drogę Ingeri i jej ciąża bez małżeństwa) będą musieli przeżyć odejście ich ostatniej, ukochanej córki. Ale i zemsta rodzi pytania o jej słuszność, szczególnie, gdy weźmie się pod uwagę fakt, że pasterzom towarzyszy młody chłopak, który nie brał czynnego udziału w zbrodni. Dodajmy jeszcze, że już wcześniej matczyna miłość do córki łączyła się z zimną obojętnością wobec męża, którego córka kochała mocniej. Można powiedzieć, że relacje, chociaż nie widać tego wyraźnie na początku, były splamione przez zazdrość i emocje. Pytanie o możność pogodzenia zwykłych, ludzkich odczuć, porywów i namiętności z bardzo wymagającą religią wydaje się priorytetowe. 

Finał przynosi jednak, co rzadkie u Bergmana, odpowiedź pozytywną. Śmierć staje się źródłem wiary i odkupienia. Tak widzą to bohaterowie filmu, głównie ojciec Karin, a my? Nam pozostaje się zachwycać grą Maxa von Sydowa, świetnymi zdjęciami i umiejętnym oddaniem gorliwości religijnej bohaterów. To ostatnie sprawia, że pomimo krótkości filmu, Bergmanowi udało się jednak z autentyzmem oddać konflikt sumienia, emocji i wiary. A rozwiązanie? Jedni dojrzą w tym naiwność, a inni siłę wiary.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz