sobota, 16 marca 2013

"Twarz" (1958)



To się dzieje. Kiedy pierwszy raz - parę tygodni temu - obejrzałem "Siódmą pieczęć" zobaczyłem piękny wizualnie film, ale wobec reszty, wobec treści, wobec postawionych tam pytań, stawałem okoniem. Potem nostalgiczna mała trylogia i już powoli zaczynało się dziać, powoli zaczynałem się oswajać. A teraz wsiąkłem. Dopuszczam się w myślach bluźnierstw przeciw Tarkowskiemu i Herzogowi, a wszystko przez zestawienia z Bergmanem. Ale chyba faktycznie ostatni raz syciłem się każdą sceną (dosłownie każdą) podczas oglądania dzieł Niemca ("Aguirre, gniew boży", "Zagadka Kaspara Hausera", itd.), a teraz znowu to się dzieje. W przypadku "Twarzy" ("Ansiktet"), filmu z 1958, spodziewałem się entuzjastycznego przyjęcia z mojej strony (już z krótkiego opisu można wysnuć analogie z "Wieczorem kuglarzy" - w istocie to zupełnie inne filmy); spodziewałem się zatem entuzjazmu i ochów, i achów, ale nie hipnozy. Tymczasem zostałem zahipnotyzowany.

Fabuła nie jest skomplikowana. Nie pierwszy to raz, kiedy za nieskomplikowaną fabułą kryje się magia kina. Jest XIX wiek, do Sztokholmu przybywa wędrowny Teatr Magnetycznego Zdrowia. Jego właścicielem i przywódcą trupy jest tajemniczy doktor Albert Emanuel Vogler (Max von Sydow). Czarodziej - bo i tak bywa określany - milczy jednak, a to dlatego, że jest niemy. Towarzyszy też ma niepowszednich. Ingrid Thulin grająca przed nami i przed mieszkańcami Sztokholmu młodego mężczyznę, Amana, to postać nie mniej tajemnicza, prawdę mówiąc nie wiem, czy jest bardziej fascynująca w tej kreacji, czy w normalnie rozpuszczonych włosach. Przywódcą, jak już zostało to powiedziane, jest Vogler, jednak za wodzireja i konferansjera  robi rubaszny Tubal (Åke Fridell). Teatr uzupełnia babcia Vogler (Naima Wifstrand), uważana przez postronnych za czarownicę z racji zainteresowań alchemią. Na dokładkę mamy wesołego woźnicę Simsona (Lars Ekborg) i zabranego po drodze byłego aktora, a obecnie alkoholika, Johana Spegela (Bengt Ekerot). Ta fantazyjna czereda zostaje ściągnięta przez policję do konsula Egermana (Erland Josephson). Konsul to człowiek światły, podobnie, jak jego przyjaciel, dr Vergerus (Gunnar Björnstrand). Obaj założyli się pomiędzy sobą, o to, czy zjawiska niewytłumaczalne istnieją, czy nie. Doktor twierdzi, że nie i zamierza tego dowieść demaskując Voglera. Do przedstawienia ma dojść kolejnego ranka. Ale do pierwszej konfrontacji niewytłumaczalnego z wytłumaczalnym, sygnowanej babcinym: "co widzisz to widzisz, a co wiesz, to wiesz" dojdzie już w nocy.



Bergman pokazał w tym filmie dwa rodzaje prawdy i dwa rodzaje fałszu. Pierwsza para wiąże się ze wspomnianymi zjawiskami niewytłumaczalnymi. Wszystko wskazuje na to, że trupa Voglera to oszuści i hochsztaplerzy - chociaż i tutaj nie możemy mieć stuprocentowej pewności - prawdę o sobie skrywają pod maskami, makijażami, pelerynami. Prawdziwa twarz Voglera to nie ta sama, którą pokazuje światu. Ale czy z doktorem, konsulem, jego żoną Ottillią (Gertrud Fridh), a także ich prostackim kompanem Starbeckiem (Toivo Pawlo) nie jest inaczej? Tutaj prawda ukryta jest pod powierzchnią konwenansów i ogłady. A nawet, jeśli wyrażona jest wprost, to czy nadaje więcej godności postaciom stojącym po stronie racjonalizmu? Z filmu przekonamy się, że to Vogler i Aman mają w sobie najwięcej majestatyczności połączonej z tajemnicą, w ich zachowaniu jest niemal coś ze szlachectwa, chociaż i tego reżyser nie omieszkał podważyć w końcówce. Bergman sięgnął jednak dalej, nie zatrzymał się wyłącznie na prostym kontrastowaniu bohaterów. Vogler i Aman (a niech to, co ja z tym Amanem, Manda, a nie Aman) są świadomości iluzoryczności i kłamstwa, w jakim uczestniczą, ale boli ich zarazem pogarda, jaką zostają obdarzeni przez racjonalistów. To upokorzenie potęguje tylko tę pełną milczenia godność "czarodzieja" i jego żony. Doktor Vergerus z kolei pragnie nie tylko zdemaskować tę dwójkę (i pozostałych), ale także ich zrozumieć. Zrozumieć, dlaczego tacy są. 

"Twarz" to taki film, w którym fascynująca jest każda scena. Nie tylko te z Voglerem i Mandą, o których mowa powyżej. Również drugoplanowe postaci skupiają na sobie uwagę. W każdej jest coś magicznego, w wielu scenach brutalna prawda spotyka się z aurą tajemnicy. Z dzieł, które Bergman stworzył do tamtego czasu, jest to prawdopodobnie, obok "Siódmej pieczęci" i "Wieczoru kuglarzy" najpiękniejszy wizualnie film. Za mało też czasu, by opowiedzieć wszystko, co zostało w nim powiedziane (a przecież film ani nie jest przegadany, ani nie jest długi!). Wątek prawdy i fałszu, wątek upokorzenia i godności, wątek, który dotyczy wyboru drogi życiowej: "artystyczne" życie wagabundy czy bezpieczne życie w domu (temu też poświęcony jest niezwykle ujmujący kawałek filmu). Na tle prozaicznych tęsknot Tubala i flirtu Simsona z karczemną dziewczyną, Sarą (świetna w tej roli Bibi Andersson), mocniej bije po oczach ten dziwny fatalizm obejmujący we władanie Voglera i Mandę. "Twarz" pozwala nam spojrzeć szerzej, właściwie nie tyle spojrzeć, co poczuć. Magia ma tu jeszcze drugie imię, tak samo jak magik. Film w pasjonujący sposób eksploatuje bowiem los artysty, z bolesnym grymasem, z poczuciem niezrozumienia ze strony społeczeństwa i nieuchronności wyobcowania. Tak, to jest też film o sztuce, jej odbiorze i artystach. Wspaniały film, wspaniali aktorzy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz