Po trylogii niespełnionych marzeń przyszedł czas na cięższy artystycznie kaliber. Po "Wieczorze kuglarzy" spodziewałem się, nie wiedzieć czemu (może przez wzgląd na bohaterów filmu?), jakiejś impresji w groteskowej aurze, tymczasem jest to chyba pierwszy film Bergmana o tak potężnym ładunku dramatycznym. Przewyższa on znacznie bardziej nostalgiczno - melancholijny "Letni sen" i "Wakacje z Moniką". Tutaj piękne chwile nie są oddzielone od czasów, kiedy człowiekowi pozostają wspomnienia. Tym razem widzimy opowieść nie o kontraście młodości i dorosłości, ale o samym życiu. W cyrkowej, o ironio, oprawie.
Głównym bohaterem tej historii jest dość niespodziewanie Albert Johansson (Åke Grönberg), dyrektor wędrującego cyrku. Dlaczego niespodziewanie? Bo jakoś tak z oporem przyszło mi utożsamienie mężczyzny o aparycji zadowolonego z siebie filistra z bohaterem filmu. Można by pomyśleć, że taki ktoś będzie co najwyżej rzucać innym pod nogi kłody, przeliczając w międzyczasie pieniądze. Czy takiego człowieka może coś dręczyć i czy można opowiedzieć jego historię bez uciekania się w stereotypy? Można. Albert żyje z akrobatką, Anne (Harriet Andersson) i na pozór wydaje się, że jest im, o dziwo (bo to piękny i bestia), dobrze. Cyrk przyjeżdża jednak do miasteczka, w którym żyje żona (Gudrun Brost) dyrektora wraz z jego dziećmi, nie widzianymi przez niego od trzech lat. Ten powrót w rodzinne strony łączy się z coraz większym zmęczeniem życiem wagabundy. Anne zaczyna się obawiać, że Albert zechce wrócić do żony. Jej rozpacz stara się wykorzystać miejscowy aktor teatralny i amant w jednym, Frans (Hasse Ekman). Albert jeszcze nie wie, że stanie nad przysłowiową przepaścią.
Zaletą tego filmu jest to, że z sytuacji jakże znanych z tak wielu melodramatów, romansów i tym podobnych historii, wyzwala autentyczny dramat człowieka pozostawionego sobie samemu, człowieka, który będzie musiał zadać sobie pytanie o sens dotychczasowego życia. Odtrącenie będzie miało naprawdę posmak odtrącenia i znajdzie swoje odbicie w postawie Alberta, zdrada pogrąży go jeszcze bardziej, a upokorzenie postawi przed pytaniem o być albo nie być. Nie w takim stanie widzimy dyrektora cyrku na samym początku. Jego historia to powolny upadek.
Prawdopodobnie "Wieczór kuglarzy" nie byłby tak silny w wymowie, gdyby nie gra aktorska Åke Grönberga w roli Alberta. Na początku ten rosły człowiek o nalanej twarzy jest wręcz wzorową egzemplifikacją filisterstwa i buty. Oczywiście to wrażenie szybko będziemy musieli zweryfikować, a z czasem jego postać będzie się robić coraz mniej pewna siebie, coraz bardziej chimeryczna, aż w końcu dojdzie do nieprawdopodobnego przesilenia, w którym słabość zatriumfuje. Prawie zatriumfuje. Bergman świetnie wyzyskał też otoczenie cyrku, na jego tle życie i dramat człowieka (jakże realne i bolesne) odbija się z większą siłą. Ten kontrast jest już obecny w początkowej scenie z błaznem Frostem (Andres Ek). Życie podąża uparcie za cyrkową trupą i nie daje o sobie zapomnieć, dopadnie też Alberta, tak jak dopadło Frosta - zdaje się mówić początek filmu. Wizualnie film nie przypomina wcześniejszych dokonań. Wspomniana na wstępie trylogia (szczególnie dwa ostatnie filmy) posiłkowała się pejzażem mentalnym, który otulał bohaterów, tutaj dochodzi do stężenia emocji, gry kontrastem i rosnącym napięciem, którym pulsuje każda kolejna rozmowa. Dopełnieniem są drugoplanowe perełki Gunnara Björnstranda w roli dyrektora teatru i wspomnianego Hasse Ekmana (drapieżna postać Fransa).
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz