"Uśmiech nocy", to po "Lekcji miłości" jeszcze jedna komedia, w której Ingmar Bergman postanowił pokazać perypetie kilku par miłosnych. Należałoby napisać "aż kilku!", bo o ile we wcześniejszym dziele patrzyliśmy na zagrzebaną po uszy w ironii i lekkim cynizmie na wskroś współczesną parę (David Enerman i jego żona Marianne), tak tutaj patrzymy na roszady pomiędzy sześcioma osobami. Wszystko utrzymane jest w nieco bardziej frywolnej formie, aniżeli w "Lekcji miłości", co bez wątpienia skutkiem "przeludnienia" planu.
W filmie z 1955 zobaczymy Fredrika Egermana (Gunnar Björnstrand), którego szczęście obdarowało znacznie młodszą żoną, dziewiczą Anne (Ulla Jacobsson). Mężczyzna nie jest jednak szczęśliwy i potajemnie spotyka się z dawną miłością, aktorką teatralną, Desiree Armfeldt (Eva Dahlbeck). To dopiero początek komplikacji, bo ta ostatnia romansuje również z pedantycznym oficerem, Carlem Magnusem Malcolmem (Jarl Kulle). Żona tego ostatniego, Charlotte, nie jest, jak łatwo się domyślić, szczęśliwa z tego powodu. Jesteśmy już w połowie drogi. Frederik ma jeszcze syna z poprzedniego małżeństwa, Henrika (Björn Bjelfvenstam), który kształci się na pastora. Gorącym umoralniającym naukom młodzieńca przysłuchuje się służąca Petra (Harriet Andersson), choć po prawdzie, nie tyle przysłuchuje się, co patrzy na przyszłego kaznodzieję protestanckiego. Na domiar wszystkiego dystans pomiędzy Anne (to wspomniana na początku żona Frederika) a Henrikiem jest zbyt duży, by nie zobaczyć w tym karkołomnych prób zgaszenia w zarodku możliwych miłosnych perypetii. O, Erosie, a toć na horyzoncie pojawi się jeszcze prostolinijny Frid (Åke Fridell). Kto przypadnie temu okazowi zdrowego, chłopskiego rozumu? Co wyniknie z tego całego miłosnego galimatiasu?
Brzmi jak telenowela latynoamerykańska, ale oczywiście nie o to idzie. Widzimy na wstępie, że wszyscy dość chaotycznie szamoczą się pomiędzy sobą i swoje westchnienia kierują nie tam gdzie trzeba. Młodych pogodzi matka Desiree, pani Armfeldt (Naima Wifstrand), która zaprosi wszystkich na nocne przyjęcie. No i tej nocy szczęście do wszystkich się uśmiechnie. Tutaj dojdzie do definitywnego rozwiązania wszystkich kłopotów, swój znajdzie swego (tzn. swoją!). Acz, na marginesie warto dodać, że i za tą intrygą stały przede wszystkim kobiety. Nieporadni mężczyźni pewnie dalej by się szamotali.
Porównując "Uśmiech nocy" do "Lekcji miłości" da się zauważyć różnice w rozłożeniu akcentów komediowych. Siłą wcześniejszego filmu były dialogi, których fundamentem były sprawnie skonstruowane riposty, błyskotliwe koncepty, ogólnie mówiąc, gra słowna. W tym filmie więcej jest gry sytuacyjnej i to ona też decyduje o lekkości tego sympatycznego dzieła. "Sympatyczne" i Bergman - to dopiero połączenie! Ale tak właśnie jest. Może się też podobać wyzyskanie dość wyrazistych, ale przy tym schematycznych - to tylko komedia - postaci: nieśmiałego i żarliwego Henryka, ironicznego, ale w gruncie rzeczy, dość nieporadnego Frederika, cnotliwej i czystej Anne, zacietrzewionego i pedantycznego Carla Magnusa (a także jego żony, bo ona idzie tu w ślad za mężem ze swoim żołnierskim sznytem), w końcu zaś, temperamentnej służącej, Petry. Nikt tutaj nie chowa się w cieniu i każda postać daje coś od siebie. Finał jest zaś, o dziwo, optymistyczny i to bez większej dawki marudzenia po drodze. To też odróżnia "Uśmiech nocy" od "Lekcji miłości". Więcej tu akcji, więcej zabawnej gry, więcej parcia do przodu, aż do optymalnego rozwiązania.
---
PS po tym, jak minęło jakieś 15-20 minut od początku tego filmu, ja wciąż szukałem Gunnara Björnstranda wśród postaci. Ta doklejona bródka i przylizane włoski kompletnie go zmieniły. Plus gra na wysokim poziomie, ale to nic wyjątkowego w jego przypadku.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz