czwartek, 14 marca 2013

"U progu życia" (1958)




"U progu życia" Ingmara Bergmana to dzieło, któremu przyszło wegetować w cieniu dwóch wielkich poprzedników: "Siódmej pieczęci" i "Tam, gdzie rosną poziomki". O ile te dwa ostatnie tytuły skojarzy nawet osoba, która nie widziała ich na oczy, o tyle "U progu życia" ciężko byłoby większości powiązać z nazwiskiem szwedzkiego reżysera. Zupełnie niesłusznie, bo film jest niezwykle wartościowym dziełem, któremu bez wyrzutów sumienia można przypisać dość pochopnie rozdawaną etykietkę kina psychologicznego. Kina psychologicznego przez duże "K" i "P", chciałoby się rzec.

Akcja filmu toczy się właściwie w jednym miejscu. Jest to oddział położniczy w szpitalu, a dokładniej mówiąc, jedna z sal tegoż oddziału. Na sali tej spotkamy trzy kobiety: Cecillię Ellius (Ingrid Thulin), która dopiero co poroniła, radosną Stinę (Eva Dahlbeck), niecierpliwie wyczekującą dziecka i młodą dziewczynę, Hjördis (Bibi Andersson), samotną, jeszcze niedojrzałą i nagabywaną przez ojca dziecka do dokonania aborcji. Mamy zatem trzy różne sytuacje, w których każda z kobiet musi jakoś się odnaleźć. Na niewątpliwe uznanie zasługuje fakt uwzględnienia w tych perypetiach także losu dziecka. Nikt tu nie wali jak cepem retoryką rodem z "Cosmopolitana", dziecko nie jest płodem; nikt nie ucieka się do stwierdzeń: "mój brzuch, moja sprawa". Hjördis, bo to jej dotyczy przede wszystkim wątek aborcyjny, jest dziewczyną zagubioną, jej wizerunek, pomimo zasygnalizowanej niedojrzałości, został nakreślony z dużą dozą sympatii i wyrozumiałości. Ostatecznie jednak, reżyser pokazuje, że jeśli taka osoba czegoś potrzebuje, to przede wszystkim pomocy i udźwignięcia trudu samotnego macierzyństwa.

Naturalnie myślenie w kategoriach pro albo antyaborcyjnych to trochę anachronizm w przypadku tego dzieła, "U progu życia" nie było uwikłane w taką dyskusję - tak przynajmniej myślę - życie jest tu wyraźnie postrzegane jako jeden z największych darów. Film wykracza poza tę współczesną perspektywę. Pokazuje, że los i w tym miejscu nikomu nie folguje. Tak jest w przypadku Cecilli, ale od pewnego momentu wiemy także, w jaki sposób zakończy się historia Stiny i Hjördis. Bergman nie mógł sobie odmówić wplecenia ich postaci w mechanizm przewrotnego fatum.



"U progu życia" to trzy świetnie odegrane role - jakże inne postawy - każda z nich z oddaniem dla własnej postaci, bez cienia karykatury czy "odaktorskiej" oceny. Ale i tak pierwszeństwo trzeba przyznać Ingrid Thulin (teraz patrząc na fragmenty raz jeszcze nie ma co do tego wątpliwości). Nie wiem, co budzi w jej grze większej uznanie i emocje: desperacja i strach w oczach, kiedy to się dzieje, histeria i uzewnętrznienie bólu niedługo po poronieniu, czy też milczenie i skupienie w dalszej części filmu, kiedy to na czoło wysuwają się perypetie dwóch pozostałych bohaterek filmu? Do tego wszystkiego należy dodać kameralność filmu Bergmana (wszystko odbywa się głównie na jednej sali), dzięki niej nic nie rozprasza naszej uwagi, w całości skupiamy się na trzech bohaterkach. Tytuł przecież nie dotyczy tylko dziecka - o tym film też mówi - ale również tych kobiet. Każda z nich także stoi u progu nowego życia.

---

Mężczyźni są na drugim planie, ale, co warte zauważenia, także w jakiś określają to, jak każda z tych kobiet funkcjonuje. Niepewny, zdystansowany mąż Cecylii, Anders (Erland Josephson), szczęśliwy i prostolinijny Harry (Max von Sydow) - mąż Stiny i nieobecny ojciec dziecka Hjördis - wszyscy oni nie są bez znaczenia, chociaż będziemy widzieć ich rzadko (po jednej scenie dla Andersa i Harry'ego). Przede wszystkim jest to jednak film o kobietach (w tej szczególnej sytuacji, jaką jest ciąża i oczekiwanie na dziecko).

---

Dopisek: w filmie Bergman przy pomocy jakże prostych zestawień dokonał maksymalnego stężenia emocji. Np. ujęcia cierpiącej Cecylii na chwilę przed, a właściwie może już po poronieniu, przeplatane z ujęciami lalki, tej nieżywej lalki, której materialne istnienie tu i teraz jest jednak faktem. Tak proste i tak potężne.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz