poniedziałek, 11 lutego 2013

"Wilkołak" (2010)



Ostatnimi czasu doszło do lekkiego zaburzenia proporcji, jeśli idzie o moje filmoznawcze (!) ambicje i na ogół cieszę oczy kinem czysto rozrywkowym, którego esencją jest śmierć przynajmniej kilku osób. Najlepiej w mało przyjemnych okolicznościach przyrody. W "Wilkołaku" Joe'a Johnstona okoliczności przyrody bywają intrygujące, jak przystało na gotycki z ducha film grozy, niemniej okoliczności śmierci idą z duchem czasu. Co to oznacza? Ano to, że obok wizualnych perełek, podrasowanych tu i ówdzie komputerowo (nie wszędzie) film oferuje też sporo dawkę krwi i akcji. Osoby sceptycznie nastawione do takiego kina mogą zaś przyciągnąć nazwiska Hopkinsa, Del Toro, Weavinga i Blunt.

Fabuła nie jest skomplikowana. Na prowincji dochodzi brutalnego morderstwa. Ciało zostaje zmasakrowane, co wprawia wszystkich w konsternację, jedni są skłonni obwinić miejscowych cyganów, a inni wspominają o jakichś zapomnianych legendach. Tymczasem narzeczona zamordowanego, Gwen Conliffe (Emily Blunt), wyjeżdża do Londynu, aby sprowadzić jego brata, Lawrence'a Talbota (Benicio Del Toro). Po początkowych wahaniach, mężczyzna przyjeżdża do rodowego majątku i spotyka się ze swoim zdziwaczałym ojcem, Sir Johnem Talbotem (Sir Anthony Hopkins). Dalej wypadki toczą się już szybko. Dość powiedzieć, że już na dzień dobry Lawrence, kierowany ciekawością, spotyka, przy pełni księżyca, wilkołaka. Ten wprawdzie go nie zabija, ale poważnie rani. Od tej pory będziemy świadkami tego, co znane jest z tradycji doktora Jekylla&Mr Hyde'a



Ten motyw często otwiera furtkę temu, co zwykliśmy nazywać filmem psychologicznym, ewentualnie filmem z akcentami dramatycznymi. Oczywiście w "Wilkołaku" takich rozterek nie zabraknie, niemniej akcja rozwija się na tyle szybko i jest tak dynamiczna, że nie zdążymy wzruszyć się nad dwoistością natury Lawrence'a Talbota. Ta dwoistość jest raczej pretekstem do wplecenia w dzieło Johnstona wątku romansowego. Mamy Talbota - wilkołaka i Talbota - ukochanego kobiety. Tu też jednak nie powinniśmy się spodziewać melodramatu na miarę "Wichrowych wzgórz" czy "Przeminęło z wiatrem". To akcent bez którego film wywodzący się z tradycji gotyckiej nie mógł się obyć. 

Mieszane uczucia może budzić sama postać wilkołaka. Niektóre sceny (szczególnie, gdy jest w ruchu), to wynik zabawy komputerem, stąd może powstawać wrażenie sztuczności. Ale nie o to tylko idzie. Wilkołaka jest dużo, bardzo dużo. Jest go na tyle dużo, że dzieło to traci tak charakterystyczną dla tradycyjnych filmów z tego gatunku aurę grozy i tajemnicy. Nie pomagają nawet kostiumy i niezła scenografia. Wraz z Lawrencem Talbotem zmienia się też film, i ze stylowego dzieła - może tylko mniej autoironicznego od "Jeźdźca bez głowy" Burtona - zamienia się w dynamiczne kino akcji. Jeśli ktoś spodziewa się horroru - niekoniecznie w guście tych współczesnych - to może się zawieść. Budowanie napięcia nie jest mocną stroną "Wilkołaka", a nagle pojawiające się postaci, które mają nas przyprawić o gęsią skórkę, to już stały rekwizyt filmów rozrywkowych. Przyzwoity film, ale bez rewelacji.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz