"Amator" Kieślowskiego istnieje obecnie w cieniu trójkolorowej trylogii oraz "Dekalogu". Zupełnie niesłusznie, bowiem w niczym nie ustępuje on późniejszym dziełom reżysera "Krótkiego filmu o miłości". Niewiele spotkamy filmów, które tak przewrotnie demaskowałyby podwójną naturę kina zaangażowanego, a patrząc szerzej, pracę artysty - w tym wypadku filmowca - w ogóle. "Amator" stawia bowiem pytania o granicę pomiędzy rzeczywistością a sztuką, a także przypomina, jak trudno oddać na ekranie to, co widzimy na co dzień. Bo jeśli nasze widzenie, ujmując rzecz powierzchownie, bywa często jednostronne, to cóż powiedzieć o obrazie zarejestrowanym na taśmie filmowej? Czy on może pokazać cały łańcuch wydarzeń z rzetelnością?
Bohaterem "Amatora" jest Filip Mosz (Jerzy Stuhr), młody mężczyzna, pracujący jako zaopatrzeniowiec. Poznajemy go w zenicie jego życia, w chwili spełnienia marzeń. Filipowi rodzi się dziecko, ma żonę Irkę (Małgorzata Ząbkowska), stabilną pracę, w której jest lubiany i mieszkanie. Wydawać by się mogło, że teraz pozostaje mu tylko dbać o to szczęście. W życiu Mosza dyskretnie pojawia się jednak coś nowego, coś, co obudzi w nim uśpioną pasję. Tym czymś jest kamera. Początkowo ma mu służyć do nagrywania dziecka, ale w tym dość prozaicznym dotąd mężczyźnie wampiryczna sztuka znajdzie nową ofiarę. Filip zostanie wytypowany do zrobienia filmu dokumentującego zjazd w zakładzie pracy, a to definitywnie wepchnie go na nową drogę. Mężczyzna otrze się o środowisko filmowe i jak na artystę przystało stanie w opozycji do kołtuńskiego dyrektora (Stefan Czyżewski), który aparycją i mową ilustruje ciasnotę horyzontów. W międzyczasie niecierpliwa żona zacznie mu wyrzucać zaniedbywanie rodziny. Ten wątek jest akurat mniej przekonujący, szczególnie, że Irka od początku jest nieznośnie irytująca. Problem leży gdzie indziej.
Filip jest przekonany, że sztuką zbliża się do życia, do człowieka i jego problemów. Ruchomy obraz niesie w jego zamierzeniu pierwiastek kina zaangażowanego na różnych poziomach. Ma przemycać jakąś prawdę. Ta pasja skonfrontuje Filipa przede wszystkim z dyrektorem, ale przy okazji odizoluje od paru innych osób. Cios spadnie dopiero pod koniec filmu i to z najmniej spodziewanej strony, ze strony dyrektora zakładu. Nie, nie zwolni Mosza z pracy, ani się nie zemści. To będzie prosta rozmowa, która odsłoni przed Filipem złożoność życia, tą złożoność, której kamera nie mogła uchwycić. Symboliczna dwuwymiarowość filmowania zostaje przedstawione w momencie nagrywania odrestaurowanej fasady budynku i jego zaniedbanej drugiej strony. Oczywiście można się w tym również dopatrzeć małej satyry na rzeczywistość PRL, ale w ramach tego dzieła jest to świadectwo operowania jaskrawymi podziałami w akcie filmowania. Filip Mosz buduje w ten sposób określoną, czarno - białą wizję świata. Z autentyzmem i dobrą wiarą. Ale wcale nie jest bliżej prawdy.
"Amator" nie jest naturalnie filipiką przeciw sztuce filmowania. Film może być również czymś pięknym i w dziele Kieślowskiego tą stronę X muzy także zobaczymy; o tym świadczy chociażby możliwość utrwalania na taśmie ludzi, którzy z czasem odejdą. Filip okazał się amatorem, nie tyle nawet od strony technicznej, a od strony psychologicznej. To nie on miał władzę na kamerą, ale ona nad nim. Dzieło Kieślowskiego warto też zobaczyć dla Jerzego Stuhra, bowiem rola Mosza jest jedną z jego lepszych. Aktor świetnie oddał to jak w człowieku "codziennym" rodzi się niecodzienna - jak na tamte czasy - pasja. No bo dzisiaj kręci przecież co druga osoba. A ilu wśród kręcących jest amatorów? Proporcje pozostają chyba takie same, jak w 1979.. Zresztą z krytykami jest podobnie.
„Amatora” oglądałam kawał czasu temu, więc szczegóły fabuły mi się zatarły. Pamiętam jednak poruszającą scenę, w której Filip w zasadzie niezamierzenie uwiecznia na filmie matkę zaprzyjaźnionego sąsiada. Ot, zwykły banał, który po jej śmierci staje się cudowną pamiątką, namacalnym dowodem jej niedawnej obecności.
OdpowiedzUsuńNarobiłeś mi ochoty na ponowne obejrzenie „Amatora” ;)