To się oczywiście musiało prędzej czy później stać. No i stało się. Obejrzałem "Siódmą pieczęć" Ingmara Bergmana. Teraz trapią mnie wątpliwości, bo nie wiem, ile rzeczy mi umknęło. Czy w ogóle coś mi umknęło, czy też wbrew licznym interpretacjom charakter tego filmu faworyzuje odbiór emocjonalny i doznaniowy? Co zatem zobaczyłem?
Zobaczyłem, jak Antonius Block (Max von Sydow) wraca z krucjaty do ojczystego kraju. Towarzyszą mu tylko chłodny i skalisty pejzaż oraz giermek Jöns (Gunnar Björnstrand). Rycerz jest naturą refleksyjną, introwertyczną i poszukującą, a giermek na większość pytań znalazł odpowiedź w postaci braku odpowiedzi i cynizmu. Obaj nie trafili w dobry czas w rodzinne strony. Szwecję wzięła w swoje ramiona śmierć. Przez kraj przetacza się Czarna Zaraza, zbierając krwawe żniwo. Do Blocka Śmierć (Bengt Ekerot) także przychodzi, ale ten nakłania ją, a właściwie jego, do pojedynku szachowego. Ta rozgrywka ma zadecydować o być albo nie być rycerza. Prędko przekonamy się jednak, że dla Blocka istnieje ważniejsze pytanie. Nie o być albo nie być jego osoby, ale o być albo nie być Boga. Bo bez Boga wszystko traci sens.
My to przerobiliśmy. Dlatego Kiryłow z "Biesów", który strzela sobie w głowę, bo dręczy go świadomość braku Jego - dziwi nas. I pewnie większość osób dziwią zmagania Antoniusa Blocka, który nie może pogodzić się z tym, że "musimy z naszego strachu zbudować autorytet i nazwać go Bogiem". To on wypowiada te słowa, ale przecież do końca będzie rozdarty pomiędzy wiarą a wątpliwościami. My mamy wygodną przeciwwagę w postaci Jönsa, tym wygodniejszą, że nie pozbawioną przejawów szlachetności, co dla większości może być tylko potwierdzeniem, że bez Boga też można. Można, ale jakim kosztem i ilu stać na bycie Jönsem, którego zresztą też nie powinno się przeceniać? Kim byliby kuglarze, Jof (Nils Poppe) i Mia (Bibi Andersson) bez żarliwej wiary?
Oczywiście Bergman wyraźnie sugeruje odpowiedź, z czego nie czynię mu zarzutu. Prawda kończyła się na spotkaniu ze śmiercią, ale pragmatyzm uzasadniał objęcie rodziny kuglarzy "szlachetnym kłamstwem". Jak wiadomo, idea "szlachetnego kłamstwa" (pozostawienia prostym ludziom wiary) nie mogła się jednak ostać. Tego już nie zobaczymy w "Siódmej pieczęci", bo to późniejsza, współczesna już historia (zresztą film pulsuje współczesnością, sam Jöns to figura bardzo nowoczesna, a Block może nawet bardziej), ale dzisiaj wierzących, takich jak Mia i Jof, praktycznie już nie ma.
Nawiązując do powyższego, przyznam, że nie lubię filmów, które obcesowo używają jakiegoś historycznego periodu do mówienia o współczesności. Takie filmy opierają się na prostym schemacie, który umiejscawia nowoczesnych z ducha protagonistów w kontrze do świata historycznego, który jawi się w nieciekawych barwach. Tacy bohaterowie nigdy nie są związani z instytucją, prawem, religią i wszystkim, co definiowało i określało ramy tego historycznego świata. Tutaj jest podobnie. Mieszkańcy wiosek to troglodyci, prawo zabija, religią rządzi zabobon (wiara kuglarzy jest też w kontrze do religii instytucjonalnej). Duch emancypacji nie jest w stanie tego zrozumieć. To mnie dystansuje trochę od dzieła Bergmana, nie na tyle jednak by łatwo i szybko o nim zapomnieć.
---
Wspaniałe role (przede wszystkim męskie) i zapadająca w pamięć wizualna strona tego filmu wystarczają, by "Siódmą pieczęć" nazwać co najmniej bardzo dobrym filmem. I wcale mnie nie dziwi, że słynne zdjęcia bergmanowskiego danse macabre są eksponowane do znudzenia. Nie da się nimi znudzić.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz