piątek, 22 lutego 2013

"Ku szczęściu" (1950)



Postanowiłem cofnąć się trochę bardziej w czasie i chociaż na obejrzenie pierwszych dzieł Ingmara Bergmana póki co nie zdobędę się, ale na ósmy film w jego dorobku wystarczyło mi już dobrej woli. Ciężko jest mi ocenić "Ku szczęściu" ("Till glädje"), bo o tym filmie mowa, w szerszej perspektywie, ale wszystko wskazuje na to, że reżyserowi w tym czasie bliższa była bardziej tradycyjna forma opowiadania. Dzieło z 1950 sytuuje się gdzieś pomiędzy dramatem psychologicznym a melodramatem. 

W filmie zostaje nam przedstawiona historia związku Stiga (Stig Olin) i Marty (Maj-Britt Nilsson). Poznają się na próbach orkiestry, oboje są muzykami. Nawiązuje się pomiędzy nimi nić i porozumienia i niebawem dochodzi do tej rozmowy, przepełnionej marzeniami, planami i wielkimi słowami. Chociaż oni są pewnie przekonani, jak to zazwyczaj bywa, że tam wielkich słów nie ma. Marta ma już za sobą pewne perypetie w relacjach z mężczyznami i pewnych błędów nie chce powtórzyć. A potem? Potem jest dziecko, wybór - o ile można mówić o wyborze - pomiędzy pracą a poświęceniem dla rodziny, samotność i ta trzecia. To historia pewnego związku od początku do końca. Formalny koniec znamy od początku - to śmierć Marty w wyniku eksplozji piecyku olejowego. Ale wciąż pozostaje do rozwiązania kwestia tytułowego szczęścia.

To film bardzo pojemny treściowo. Bergman zadaje w nim pytania o priorytety w życiu człowieka, o to, gdzie znaleźć szczęście. Oczywiście nie ma tu jakiejś uniwersalnej formuły, mowa jest przede wszystkim o tej konkretnej parze, Marcie i Stigu. Pytania są za to uniwersalne, jeśli można się tak wyrazić. To między innymi pytanie o to, co jest ważniejsze: rodzina czy praca? I jak zachować odpowiednie proporcje w czasie poświęconym jednemu i drugiemu. To oczywiście pytania o wygasanie fazy zauroczenia i pojawienie się nudy w związku. Jak sobie z tym poradzić? Jak to przetrwać? Gdzieś tli się również wątek poświęcenia własnej pasji dla życia rodzinnego. Zresztą! Błąd. Bergman nie stawia żadnych pytań, a sam film nie ma formy poradnika. On tylko pokazuje, jak trudna może być droga do szczęścia, jak marzenia i pierwsze plany mają mało wspólnego z tym, co jest później i jak mocno życie weryfikuje te różne fantastyczne marzenia.

Myślę, że nie trzeba dodawać do "Ku szczęściu" (czy też "Ku radości") więcej, aniżeli tam jest. Ponoć Bergman nawiązał w tym dziele do jednego ze swoich związków. Pozwalając sobie na nonszalancję, można by uznać, że śmieć Marty jest misternym wybiegiem terapeutycznym. Bo relacja, okupiona wprawdzie licznymi perypetiami, dojrzewa do w miarę stabilnej formy, a kończą ją już nie błędy jednej ze stron, ale okrutny los. Cóż, zakochani (nieszczęśliwie), a już szczególnie ci, którzy mają za sobą zerwany związek, chyba lubują się w takich fantazjach. Ten rzadki przypadek, kiedy śmierć wydaje się bardziej akceptowalna. Ale ja nic o tym nie wiem!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz