wtorek, 5 lutego 2013

"Ludzka stonoga" (2009)

 

Jako że zostałem zasypany błagalnymi prośbami o mój powrót, a z natury jestem bardzo wrażliwym i empatycznym człowiekiem, toteż nie mogłem nie zareagować. Mało tego, okoliczności przyrody również sprzyjają mojemu ponownemu pojawieniu się tutaj, a to dlatego, że obejrzałem rozkoszny film Toma Sixa, pt. "Ludzka stonoga". O, już tyle czasu minęło od oglądania Tarkowskiego, Herzoga, Felliniego i innych mistrzów. To już przeszłość! Miejsce krótkometrażowej i jakże nudnej pornografii zajęły długometrażowe slashery, torture porn i gore. Dla mistrzów, co oczywiste, nie mam czasu. Do filmu Sixa, gwoli ścisłości, nie da się przypiąć którejkolwiek z wymienionych etykietek. Myślę jednak, że shit porno przyjęłoby się z powodzeniem na salonach, gdybym tylko był znanym krytykiem filmowym. Jeśli ktoś jest skrupulatny, to może też powiedzieć: shit porno z elementami makabreski.

"Ludzka stonoga" to dziwaczny miszmasz, w którym dochodzi do konfrontacji stereotypowej amerykańskiej głupoty upostaciowionej w osobach Lindsay (Ashley C. Williams) i Jenny (Ashlynn Jennie) z tym szczególnym typem perwersji, który łączymy z naszymi zachodnimi sąsiadami. Jak wszyscy wiemy Niemcy lubią sobie wygryzać włosy spod pachy, uprawiają sado - maso w białych kitlach i robią dobre parówki. Te parówki. Motyw amerykańskich turystów, którym ktoś próbuje wywiercić dziurę w oku albo głowie, znamy z kolejnych hostelów. W "Ludzkiej stonodze" wprawdzie nikt nie będzie chciał nikomu wywiercić dziury w oku, ale będziemy za to świadkami dziwacznego eksperymentu. Amerykańskim turystykom popsuje się w nocy samochód. Po tym przykrym zdarzeniu następuje kolejne, nie mniej przykre, otóż do amerykańskich niewiast podjeżdża gruby Niemiec i miejscowym narzeczem próbuje dać im do zrozumienia, że ma na nie ochotę. Po tym incydencie dziewczyny udadzą się do lasu w poszukiwaniu pomocy. Wiadomo, kiedy masz drogę i las, idź do lasu, bo na drodze się zgubisz. Roztropne Amerykanki rzeczywiście znajdują "kurną chatkę" w lesie, a w niej sympatycznego Niemca i prawdziwego pasjonata w swoim fachu, dr Heitera (Dieter Laser).





Niemiec okazuje się psychopatą, który marzy o zrobieniu ludzkiej stonogi. Taką stonogę zrobił już wcześniej ze swoich trzech psów, teraz do jej wykonania zamierza użyć Jenny, Lindsay i złapanego później Japończyka (Akihiro Kitamura). Jak zamierza tego dokonać i jak ma wyglądać ów stonoga? Dr Heiter nie omieszka zawczasu udzielić wykładu swoim "pacjentom", a o to esencja tegoż wykładu:




"Ludzka stonoga" nie cieszy się popularnością na jednym ze znanych polskich portali filmowych, ale po prawdzie, jest ani głupsza, ani mądrzejsza od takich hosteli, które ocenia się łaskawiej. Nie dorośliśmy jeszcze, jak widać, do tego etapu, w którym odbytniczo - doustna perwersja made in Germany nie będzie budzić w nas dużej konfuzji*. Póki co zadowalamy się wierceniem w oku. 

Na zakończenie warto dodać, że głównym powodem niejednoznaczności tego obrazu jest postać dr Heitera, a właściwie gry Dietera Lasera, który konsekwentnie przerysował swoją postać. Rzut oka na zdjęcie powyżej powinien to potwierdzić. Dodajmy do tego sielankowo - sterylną scenerię i samą ideę dziwacznego eksperymentu, by zrozumieć, że film stoi w rozkroku między makabreską, thrillerem (akcenty właściwe temu gatunkowi także tu znajdziemy) oraz gatunkiem torture porn. Powstała też druga część. Z dwunastu ludzi.

*Film w rzeczywistości jest produkcji holenderskiej, niemniej akcja toczy się gdzieś w Niemczech, a doktor jest Niemcem. 


5 komentarzy:

  1. Pozwól, że wyrażę niekłamaną radość z Twojego powrotu :)

    "Ludzka stonoga" cóż... Nie szkoda Ci czasu na takie szmiry? Film zdecydowanie nie na moją wrażliwość.

    Ciekawym, acz nie do wszystkich przemawiającym obrazem jest "Człowiek, który śpi". Jeśli jeszcze nie miałeś okazji zobaczyć, szczerze polecam jako alternatywę dla zalewającej nas zewsząd nijakiej papki.

    OdpowiedzUsuń
  2. Obejrzałem. Wolę jednak papkę.

    OdpowiedzUsuń
  3. Nie przeczę, że „Człowiek, który śpi” jest filmem specyficznym i pozbawionym wad. Niemniej uważam, że zdecydowanie broni się wizualnie. Fabularnie to raczej kwestia gustu, a o gustach jak powszechnie wiadomo się nie dyskutuje ;-)

    OdpowiedzUsuń
  4. Nie lubię tego stwierdzenia: "o gustach się nie dyskutuje". Niby dlaczego? Jest to tylko wybieg, do którego najczęściej uciekają się zwolennicy sztuki przeciętnej. Albo czegoś, co w ogóle nie jest sztuką, a do takiego miana aspiruje.

    Wracając do poleconego przez Ciebie filmu, wychodzę z założenia, że muzyka jest do słuchania, filmy do oglądania, a książki do czytania. A film polecony przez Ciebie może i jest miejscami wizualnie ciekawy, ale ta narracja go zabija. Wolę, kiedy mówi obraz, w tym aktorzy swoją grą.

    OdpowiedzUsuń
  5. Niestety nie zgodzę się z Tobą. O całokształcie dzieła decyduje wiele różnych czynników, spośród których jednym jest fabuła odbierana zwykle bardzo subiektywnie. To, co zachwyca Kowalską, niekoniecznie zachwyci Nowaka, co nie przesądza o statusie dzieła i nie odbiera mu wartości artystycznej jako całości. Świetnym przykładem jest „Burza” Shakespeare’a w interpretacji Mai Kleczewskiej w TPB, która ma tylu samo zwolenników, co przeciwników. Mimo to jest uważana za jeden z najważniejszych spektakli na teatralnej mapie Polski w minionym sezonie, czego zdecydowanie nie można powiedzieć o „Orestei” Kleczewskiej w Teatrze Narodowym. Przykłady można by mnożyć.

    To, co powstaje na styku różnych dziedzin, bywa kontrowersyjne. Niemniej wiele eksperymentów wychodzi całkiem zgrabnie, np. szeroko pojęta poezja śpiewana.

    OdpowiedzUsuń