niedziela, 23 września 2012

"Poszukiwacze" (1956)




Chociaż w 1952 po firmamencie przetoczyła się pierwsza jaskółka wieszcząca zmiany w klasycznym, amerykańskim gatunku, jakim jest western - a było nią "W samo południe" - to jednak wciąż powstawały filmy mocno zakorzenione w tradycji. Ich znakiem firmowym był John Wayne. "Poszukiwacze" Johna Forda z 1956 roku są przykładem tego przywiązania do przeszłości. Ba, sięgają do źródeł, a to dlatego, że wskrzeszają Indian w roli tych złych. Nie do pomyślenia w dzisiejszych czasach. Warto jednak już na wstępie nadmienić, że role Johna Wayne'a nie były wcale zawsze tak jednoznaczne, jak się to zwykło uważać. "Czerwona rzeka" jest wyrazistym przykładem tej dwoistości, ale i w "Poszukiwaczach" grany przez aktora Ethan Edwards nie jest postacią idealną. Nie idzie tu tyle o rozmijanie się z prawem, ale o charakter.

Film nie posiada skomplikowanej fabuły. Jest ona nieśpieszna, a nawet nużąca, co potęgowane jest tylko plenerowymi zdjęciami. Za ich sprawą jesteśmy bez końca raczeni pocztówkowymi zdjęciami rodem z prerii i Wielkiego Kanionu. Ethan Edwards, były żołnierz (nie pomnę już rangi) wojsk konfederackich powraca kilka lat po wojnie do brata Aarona (Walter Coy) żyjącego z rodziną gdzieś na pustkowiu. Sielanki nie będzie. Szybko zjawiają się Indianie, a dokładniej rzecz biorąc, Komancze dowodzeni przez Bliznę (Henry Brandon). Czerwonoskórzy kradną krowy lokalnemu ranczerowi, co spotyka się z reakcją miejscowych. Wraz z Edwardsem ruszają oni na poszukiwania. Wkrótce okazuje się jednak, że był to tylko wybieg, którego celem było wywiedzenie w pole mężczyzn zdolnych do walki. Indianie napadają bowiem na dom brata Ethana, a kiedy ten powraca zastaje tylko zgliszcza i zamordowanego Aarona oraz jego żonę i syna. Córki zostały porwane. I tak zaczyna się historia wieloletnich poszukiwań...

Film może się wdawać nużący. Nużące są kadry, nużąca jest fabuła, nieśpieszny, arogancki i niechętny głos Wayne'a. Nic nie przybliża bohaterów do poszukiwanego Blizny, przeciwnie, wszystko wydaje się nie mieć większego znaczenia. W konsekwencji w finale spotkamy się z konceptem deus ex machina, a przynajmniej czymś bardzo bliskim tej idei. Przez większą część filmu bohaterowie będą bowiem tylko krążyć, iść, mówić (i to bez większych błysków dowcipu). Słabo wypada partnerujący Wayne'owi Jeffrey Hunter, a także wątek miłosny związany z jego postacią. A jest to tym bardziej nieznośne, że na tle nużącej historii poszukiwań, to on często jest jedynym elementem absorbującym uwagę widza. Postać Wayne'a jest dość ciekawa, ale też bez jakichś rewelacji, bowiem Edwards dystansuje nas od siebie swoim zgorzknieniem, arogancją i niechęcią do świata. Męczy się on, a my męczymy się z nim. A przecież musimy przez dwie godziny znosić jego towarzystwo. Nie wynika z tego bynajmniej wiele. Gdzieś tam zasugerowany jest wątek psychologiczny, z którym wiąże się stosunek Wayne'a do porwanej bratanicy, Debbie (Natalie Wood). Ethan, jako zaciekły wróg Indian, nie ma złudzeń, co do tego, że przez te wszystkie lata dziewczyna została najpewniej przekabacona na stronę czerwonoskórych. Bierze pod uwagę zabicie Debbie, gdyby jego przypuszczenia się potwierdziły. Tej opcji nie bierze z kolei pod uwagę towarzyszący mu Martin Powley (Jeffrey Hunter). Konflikt ten ledwo się jednak tli, podobnie jak i problem z tym związany, a jego rozwikłanie okaże się nad wyraz banalne i szybkie. Analogiczne spięcie pomiędzy pomiędzy Wayne'em, a Cliftem Montgomerym z "Czerwonej rzeki" zostało w porównaniu do "Poszukiwaczy" przedstawione nad wyraz sugestywnie i dużą wprawą. Tam aż się czuje narastanie napięcia pomiędzy dwojgiem głównych bohaterów, a tutaj nic. Pustka, ogromne pejzaże i dwóch nudziarzy na tropie Indian. To tropienie nawiasem mówiąc też nie zostało mocno wyeksponowane. Oni tylko biwakują, chodzą, mówią...

I to chyba za mało, żeby przez dwie godziny patrzeć na "Poszukiwaczy". John Wayne też nie wystarczy, tym bardziej, że w filmie Forda, grzeje się w blasku swojej arogancji, owinięty szczelnie kokonem, nawet nie tyle cynizmu czy sarkazmu, co raczej jakiejś swoistej mizantropii. Aktor chyba nie był nawet zainteresowany sugerowaniem jakichś tam bolączek związanych ze stosunkiem do poszukiwanej Debbie. A jeśli pojawiają się takie sceny, to są one rzadkością i pozostają bez wpływu na całość filmu. Tego praktycznie nie da się dojrzeć, a szkoda. Wayne potrafił przecież stopniować przeżycia i pokazywać metamorfozę bohatera, czego dowodem jest wspomniana przeze mnie "Czerwona rzeka".

1 komentarz:

  1. Zaglądam tu czasem z nadzieją na Twój powrót. Szkoda, że już nie piszesz, bo z wielką uciechą czytałam Twoje wpisy.

    OdpowiedzUsuń