Chociaż w 1952 po firmamencie
przetoczyła się pierwsza jaskółka wieszcząca zmiany w klasycznym,
amerykańskim gatunku, jakim jest western - a było nią "W samo południe" -
to jednak wciąż powstawały filmy mocno zakorzenione w tradycji. Ich
znakiem firmowym był John Wayne. "Poszukiwacze" Johna Forda z 1956 roku są
przykładem tego przywiązania do przeszłości. Ba, sięgają do źródeł, a to
dlatego, że wskrzeszają Indian w roli tych złych. Nie do pomyślenia w
dzisiejszych czasach. Warto jednak już na wstępie nadmienić, że role
Johna Wayne'a nie były wcale zawsze tak jednoznaczne, jak się to zwykło
uważać. "Czerwona rzeka" jest wyrazistym przykładem tej dwoistości, ale i
w "Poszukiwaczach" grany przez aktora Ethan Edwards nie jest postacią
idealną. Nie idzie tu tyle o rozmijanie się z prawem, ale o charakter.
Film
nie posiada skomplikowanej fabuły. Jest ona nieśpieszna, a nawet
nużąca, co potęgowane jest tylko plenerowymi zdjęciami. Za ich sprawą
jesteśmy bez końca raczeni pocztówkowymi zdjęciami rodem z prerii i Wielkiego Kanionu. Ethan Edwards, były żołnierz (nie pomnę już rangi) wojsk konfederackich powraca kilka lat po wojnie do brata Aarona (Walter Coy) żyjącego z rodziną gdzieś na pustkowiu. Sielanki nie będzie. Szybko zjawiają się Indianie, a dokładniej rzecz biorąc, Komancze
dowodzeni przez Bliznę (Henry Brandon). Czerwonoskórzy kradną krowy lokalnemu
ranczerowi, co spotyka się z reakcją miejscowych. Wraz z Edwardsem
ruszają oni na poszukiwania. Wkrótce okazuje się jednak, że był to tylko
wybieg, którego celem było wywiedzenie w pole mężczyzn zdolnych do
walki. Indianie napadają bowiem na dom brata Ethana, a kiedy ten powraca
zastaje tylko zgliszcza i zamordowanego Aarona oraz jego żonę i syna. Córki zostały porwane. I tak zaczyna się historia wieloletnich poszukiwań...
Film
może się wdawać nużący. Nużące są kadry, nużąca jest fabuła,
nieśpieszny, arogancki i niechętny głos Wayne'a. Nic nie przybliża
bohaterów do poszukiwanego Blizny, przeciwnie, wszystko wydaje się nie
mieć większego znaczenia. W konsekwencji w finale spotkamy się z
konceptem deus ex machina, a przynajmniej czymś bardzo bliskim tej idei.
Przez większą część filmu bohaterowie będą bowiem tylko krążyć, iść,
mówić (i to bez większych błysków dowcipu). Słabo wypada partnerujący
Wayne'owi Jeffrey Hunter, a także wątek miłosny związany z jego
postacią. A jest to tym bardziej nieznośne, że na tle nużącej historii
poszukiwań, to on często jest jedynym elementem absorbującym uwagę
widza. Postać Wayne'a jest dość ciekawa, ale też bez jakichś rewelacji,
bowiem Edwards dystansuje nas od siebie swoim zgorzknieniem, arogancją i
niechęcią do świata. Męczy się on, a my męczymy się z nim. A przecież
musimy przez dwie godziny znosić jego towarzystwo. Nie wynika z tego
bynajmniej wiele. Gdzieś tam zasugerowany jest wątek psychologiczny, z
którym wiąże się stosunek Wayne'a do porwanej bratanicy, Debbie (Natalie Wood). Ethan,
jako zaciekły wróg Indian, nie ma złudzeń, co do tego, że przez te
wszystkie lata dziewczyna została najpewniej przekabacona na stronę
czerwonoskórych. Bierze pod uwagę zabicie Debbie, gdyby jego
przypuszczenia się potwierdziły. Tej opcji nie bierze z kolei pod uwagę
towarzyszący mu Martin Powley (Jeffrey Hunter). Konflikt ten ledwo się jednak tli,
podobnie jak i problem z tym związany, a jego rozwikłanie okaże się nad
wyraz banalne i szybkie. Analogiczne spięcie pomiędzy pomiędzy Wayne'em,
a Cliftem Montgomerym z "Czerwonej rzeki" zostało w porównaniu do
"Poszukiwaczy" przedstawione nad wyraz sugestywnie i dużą wprawą. Tam aż
się czuje narastanie napięcia pomiędzy dwojgiem głównych bohaterów, a
tutaj nic. Pustka, ogromne pejzaże i dwóch nudziarzy na tropie Indian.
To tropienie nawiasem mówiąc też nie zostało mocno wyeksponowane. Oni
tylko biwakują, chodzą, mówią...
Zaglądam tu czasem z nadzieją na Twój powrót. Szkoda, że już nie piszesz, bo z wielką uciechą czytałam Twoje wpisy.
OdpowiedzUsuń