Kolejny obejrzany przeze mnie film Ingmara Bergmana, "Letni sen", przywołał mi na pamięć nieco późniejsze dzieło Laskowskiego i Konwickiego, pt. "Ostatni dzień lata". Ta analogia jest raczej czysto impresyjna i gdyby ktoś pokusił się o analizę porównawczą obu dzieł, to pewnie trudno byłoby ją obronić. W pierwszym filmie widzimy bowiem początek, tj. młodość, a w drugim dwoje wypalonych ludzi. Oba łączy jednak problem ułudy i krótkotrwałości szczęścia. Oba charakteryzują się nieśpiesznym, lekko sennym tempem. Jednocześnie oba naznaczone są też widmem upływu czasu i straconych marzeń. Bo chociaż "Letni sen" opowiada głównie miłosną historię, to poznajemy ją w ramach wspomnień głównej bohaterki. Ona patrzy w przeszłość na to, co zostało utracone.
Tą główną bohaterką jest popularna baletnica, Marie (Maj-Britt Nilsson). Nie jest już dziewczyną, tylko dojrzałą kobietą i to, co najlepsze ma już wyraźnie za sobą. Makijaż przestał być wyłącznie teatralnym rekwizytem, teraz jest też sposobem na ukrycie zmarszczek i próbą ucieczki przed sobą samą. Przed tym, kim Marie była kiedyś. Ta przeszłość jednak wraca w postaci przysłanego jej dziennika. Dziennik ten należał kiedyś do Henrika (Birger Malmsten), chłopaka, którego Marie poznała wiele lat temu na wakacjach. Ten niewielki przedmiot skłania kobietę do zmierzenia się ze swoją przeszłością. Baletnica udaje się w miejsce, które było świadkiem ich miłości. I zaczyna wspominać ten krótki, intensywny epizod w jej życiu. Aż do jego tragicznego finału.
Film powleka aura melancholii. Od początku wszak wiemy, że życie Marie nie potoczyło się tak, jakby chciała; jej miłość musiała mieć zatem swój koniec. Z tą świadomością patrzymy na czas spędzany wspólnie przez parę młodych ludzi. Letni sen to tytuł dwuznaczny w kontekście tego, co możemy zobaczyć na ekranie. Ciężko jednoznacznie bowiem stwierdzić, czy to właśnie w te wakacje Marie żyła prawdziwie, była sobą i przeżywała coś autentycznego, czy też było to właśnie coś na kształt snu. Figura cynicznego błazna, którą poznajemy w zakończeniu obrazu, a także postać dość lubieżnego wuja dziewczyny, Erlanda (Georg Funkquist), dowodzą, że życie ma niewiele wspólnego z marzeniami. Ten mocno pesymistyczny wydźwięk jest dominujący. Co prawda Marie przeszłość "przetrawi", ale ciężko jest ocenić, na ile skutecznie. Być może z końcem "Letniego snu" zacząłby się "Ostatni dzień lata", w którym mocno już wypalona Marie spotkałaby na swojej drodze innego mężczyznę. I nie byłaby zdolna do miłości.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz