piątek, 3 sierpnia 2012

"Północ - północny zachód" (1959)



"Północ - północny zachód" to film dość odległy pod względem formalnym od innych znanych dzieł Alfreda Hitchcocka. Dynamiczny, sensacyjny i o sporej dawce komizmu, na tyle dużej, że dzieło to możemy raczej nazwać komedią, aniżeli filmem akcji, gdyby nam przyszło dokonywać klasyfikacji. To nie jest idealne środowisko dla pełnej prezentacji geniuszu Hitchcocka, z drugiej strony można temu zaprzeczyć i powiedzieć, że umiejętność radzenia sobie z innymi konwencjami dowodzi właśnie talentu reżysera. 

Intryga nie jest kameralna, szczególnie początek wróży, że poruszą się posady świata, przynajmniej tego po drugiej stronie Atlantyku. Wpływowy handlowiec, Roger Thornhill (Cary Grant), zostaje wzięty przez gangsterów za niejakiego pana Kaplona, którego pragną usunąć. O tej pomyłce decyduje incydent iście absurdalny, a naiwność gangsterów moglibyśmy tylko porównać do naiwności gogolowskich postaci z "Rewizora". Mężczyzna zostaje porwany przez ludzi niejakiego Townsenda (James Mason), ale udaje mu się zbiec. Niestety, nikt nie chce uwierzyć w to, że Thornhilla gdzieś przetrzymywano, w czym niewątpliwą rolę gra renoma lekkoducha, jaką handlowiec cieszy się w światku wpływowych ludzi. Roger spotyka wreszcie prawdziwego Townsenda (Philip Ober), ale ten na jego oczach zostaje zamordowany precyzyjnym umiejscowieniem noża w plecach. Thornhill wyjmuje narzędzie zbrodni z szacownych pleców Townsenda i z nożem w ręku zostaje sfotografowany przez reporterów. Wszystko w obecności wielu ludzi. Nasz pocieszny bohater - a jego pocieszność została świetnie wyeksponowana przez Cary'ego Granta - musi uciekać. I przed policją, i przed gangsterami. Po drodze, w pociągu, spotka jeszcze blondwłosą Eve Kendall (Eva Marie Saint), którą w sobie rozkocha (z wzajemnością zresztą). Ona również sporo namiesza w jego życiu (albo wyobraźni, w zależności od naszych skłonności interpretacyjnych), przy czym to "mieszanie" wiąże się oczywiście z głównym wątkiem.

Bo wątek, wbrew pozornemu bogactwu szczegółów i zwrotów akcji, jest jeden. W jego obrębie znajdziemy za to sporo konceptów znanych z filmów szpiegowskich, tj. tych, które kręcą się wokół manipulowania tożsamością. Takich niejednoznacznych postaw dostarczy nam tu kilkoro bohaterów z Eve Kendall na pierwszym planie, z dużym wdziękiem odegraną przez Evę Marie Saint. Aktorka ta jednak nie uczestniczy w kreowaniu komicznej warstwy filmu, odpowiada za jego szpiegowską - melodramatyczną stronę. Humor to działka Cary'ego Granta i trzeba powiedzieć, że doskonale wywiązał się z tej roli. Hitchcock umiejscowił postać maminsynka, bawidamka i lekkoducha w ramach filmu akcji. I to on gra tego dobrego, ale nie ma w tym żadnego dysonansu. Bo to jest typ poczciwego lekkoducha, ze stosowną umiejętnością radzenia sobie w krytycznych sytuacjach. Cynizmu tu tyle, aby wystarczyło na gierki damsko - męskie i flirt z Eve Kendall. Ale oprócz tych dwóch świetnie odegranych postaci mamy tu jeszcze całą galerię tych "złych" z Townsedem/Vandammem na czele. To czarujący typ gangstera (nawiasem mówiąc przestępcza strona działalności tych postaci nie jest mocno wyeksponowana), obok niego, niczym cień, stoi Leonard, człowiek o fanatycznej twarzy, a na dalszym tle małomówni dziwacy, którzy robią za najniższy szczebel w tej mafijnej mikrostrukturze. Film nie pozwoli nam się nudzić, nie brak w nim scen już kultowych, jak ta, kiedy Thornhill próbuje się ukryć przed nadlatującym samolotem. Większość wyposażona jest w sporą dawkę humoru, która sprawia, że film ogląda się lekko i traktuje jako luźne potraktowanie konwencji filmu akcji. Żeby jednak nie było całkiem luźno, dramatyczną osnowę całej intrygi utrzymuje na powierzchni melodramatyczny wątek związany z Eve Kendall.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz