czwartek, 2 sierpnia 2012

"Dziewczyna z prowincji" (1954)



Film Georga Seatona z oscarową rolą Grace Kelly. Obejrzałem go przede wszystkim dla tej ostatniej. Nie wiedziałem bowiem, czy to, co zobaczyłem w "M jak morderstwo" i w "Oknie na podwórze" Alfreda Hitchcocka jest rzeczywiście dowodem na możliwości tej aktorki. W obu dziełach zagrała zupełnie inaczej, w obu była naprawdę dobra, chociaż w moim odczuciu, lepiej wypadła wypadła u boku Jamesa Stewarta. Może dlatego, że miała tam więcej miejsca dla siebie, może dla tego, że nie była bierną ofiarą intrygi, a partnerką dla głównego bohatera? "Dziewczyna z prowincji" nie zawiodła mnie, chociaż jest tam kilka partii na wskroś filmowych, bardzo sztucznych i trącących myszką. Pewne formalne chwyty nie tracą nigdy na jakości, a inne mają rację bytu wyłącznie w określonych czasach. Grace Kelly wypadła za to świetnie, szczególnie na początku, śmiałem ją nawet porównać do Elizabeth Taylor z "Kto się boi Virginii Woolf", ale w porę się opamiętałem.

 "Dziewczyna z prowincji" opowiada historię Franka Elgina (Bing Crosby), artystę estrady i upadłego gwiazdora musicalu. Przyczyną tego upadku stał się wypadek, jakiemu - przez nieuwagę Elgina - uległ jego mały syn. Dziecko zginęło na miejscu. Po tym tragicznym wydarzeniu Frank zaczął pić. Teraz, po latach, trafia na próby do reżysera, Berniego Dodda (William Holden), który jest zainteresowany pozyskaniem wspomnianego muzyka. Dodd musi jednak toczyć boje o niego z producentem, ale również żoną artysty, Georgie Elgin (Grace Kelly). Ulega bowiem sugestii Franka i zaczyna widzieć w kobiecie osobę skrajnie dominującą i zaborczą, która nie tyle pomaga mężowi, ale niszczy jego karierę i sprawia, że ten dalej jest słaby. Czy rzeczywiście tak jest?

Film nie jest wybitny muzycznie, nie ma też tego szczególnego klimatu dawniejszych obrazów. Nie o atmosferę tu jednak idzie, ale grę aktorów i zmagania opisanego wyżej trójkąta. Świetne kreacje stworzyli przede wszystkim Bing Crosby i Grace Kelly. Mężczyzna jest pozornie na pierwszym planie, to jego kariera jest najważniejsza i to jego losy decydują się w filmie, ale mimo tego wydaje się być tylko narzędziem innych, cieniem dawnego Elgina i przede wszystkim niewolnikiem swoich kompleksów i traumy. Dodd jest przekonany, że Frank jest także uzależniony od swojej żony. Kreacja Kelly to naprawdę dawka świetnej gry aktorskiej. Tworzy najbardziej wyraźny charakter - co nie znaczy, że jednoznaczny - bo przez długi czas nie wiemy, czy to heroizm i oddanie, czy też zasugerowana przez Elgina zaborczość i kompleks dziewczyny, która sama nie zrobiła kariery, zatem chce zniszczyć karierę męża. Rolą to Kelly pokazuje jak duży ładunek dramatycznego talentu krył się w jej postaci. Nie tylko zatem role melodramatyczne czy też skrojone na miarę kryminałów, ale również takie, które wymagają większego, znacznie większego wysiłku. Co do akcentów melodramatycznych, pojawiają się one również w "Dziewczynie z prowincji" (to oczywiście sprawa reżyserii) i psują one trochę końcowy efekt oraz wartość tej kreacji, ale i tak jest bardzo dobrze. Warto też dodać, że sama historia, oparta na sztuce Clifforda Odetsa, także może budzić pozytywne odczucia. Żadnych bzdur i kiczu nie znajdziemy w tym dziele, a końcówka - chociaż nie jest klasycznym happy endem - jest optymistyczna.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz