niedziela, 5 sierpnia 2012

"Na nabrzeżach" (1954)



"Na nabrzeżach" to zapomniane już dzisiaj - jak większość filmów z lat 50 - dzieło Eliego Kazana. I nie byłoby w tym nic dziwnego, bo upływ czasu jest nieubłagany dla większości utworów najwyżej dobrych, ale nie wybitnych, gdyby nie fakt, że obraz ten zdobył osiem Oscarów, cztery Złote Globy, nagrodę BAFTA i wiele innych wyróżnień. Zdobył je nie bez przyczyny. Jest to dzieło urzekające pod względem wizualnym (a akcja dzieje się główni w portach!) i przede wszystkim aktorskim. Trochę słabiej wypada sama historia, szczególnie jej zakończenie, ale i za scenariusz "Na nabrzeżach" zdobyło Oscara. Zresztą, nawet w ramach tej historii aktorom udało się stworzyć coś wyjątkowego.

Film zaczyna się od sceny, w której Terry Malloy (Marlon Brando) wystawia gangsterom Jimmy'ego (Arthur Keegan). Jest przekonany, że ci tylko go nastraszą, ale kończy się inaczej. Pierwsza rysa na szkle. Terry jest chłopakiem, który funkcjonuje w ramach portowej mafii, działającej pod szyldem "związku zawodowego". Grupie tej przewodzi Johny Friendly (Lee J. Cobb), człowiek bez skrupułów, a w roli adwokata działa brat głównego bohatera, Charley Malloy (Rod Steiger). Mafia wykorzystuje ludzi w porcie i zarabia na ich pracy, odciągając odpowiednie sumy z ich zarobków. Ma jednak siłę i posłuch. Wyłom w strukturze robi eteryczna i krucha Edie Doyle (Eva Marie Saint), siostra zamordowanego Jimmy'ego. Dziewczyna chce poznać sprawców zabójstwa i nawiązuje znajomość z Terrym. Po stronie robotników staje również Ojciec Barry (Karl Malden). Jego kazania popychają niektóre postaci do sprzeciwu, są też jednym ze źródeł ewolucji Terry'ego. Mężczyzna coraz bardziej zniechęca się bowiem do działalności Friendly'ego i jego goryli. Także za sprawą Edie. Ale nie tylko, stoi za tym cały konglomerat czynników.

Ta ewolucja Terry'ego to prawdziwy majstersztyk aktorski Marlona Brando. W filmie trwającym godzinę i nieco ponad czterdzieści minut nie znajdziemy żadnych skrótów w tej metamorfozie, żadnej sztuczności. Na tę ewolucję Brando pracuje od samego początku każdym gestem, spojrzeniem, słowem - wszystko to składa się na odkrywanie zupełnie innej drogi życiowej, innego systemu wartości. Niejednoznaczność i młodzieńcze niezdecydowanie od początku wpisane są w zachowanie Terry'ego, z czasem jednak jego postawa zaczyna się krystalizować. Dodajmy, że Kazan bardzo sprawnie rozmieścił katalizatory tych zmian, tak że nie mamy wrażenia jakiejś nagłej iluminacji, która grzeszyłaby naiwnością. Na tę zmianę składa się zatem nie tylko perfekcyjna gra Brando, ale także doskonałe skorelowanie tej gry z odpowiednimi scenami i dialogami. Sporym zaskoczeniem musiała być debiutująca w tym dziele Eva Marie Saint, na tyle dużym, że dostała Oscara. Ale za tak dojrzałą rolę można jej było podarować tę nagrodę. Eteryczna, zdeterminowana, o mocnym kręgosłupie moralnym, ale również na tyle delikatna, by Brando dopełnił swoją metamorfozę. Ta delikatność była konieczna. Była też autentyczna. Role drugoplanowe także zostały dobrze odegrane, chociaż do postaci księdza mam ambiwalentny stosunek, bynajmniej  nie z powodu jakiegoś antyklerykalizmu. Czasami odnosiłem wrażenie, że Karl Malden przedobrzył, był zbyt jaskrawy, zbyt wyzywający w swoich kazaniach, a przez to również w swojej grze. Z drugiej strony ksiądz - mimoza mógłby razić sztucznością w portowym światku, a jego perswazje byłyby raczej mało prawdopodobne. Z pewnością dobrze dobrano aktora do roli Friendly'ego. Lee J. Cobb zrobił użytek ze swojej postury i krzykliwego, agresywnego głosu. A świetna scena w taksówce to już zasługa Brando i w dużej mierze  Roda Steigera. Może nawet jedna z piękniejszych w tym filmie. Tak, metamorfoza Terry'ego nie była jedyną w tym dziele. Zresztą, tutaj szło nie o metamorfozę, ale o braterską miłość ukazaną bardziej gestami i mimiką, aniżeli słowami.

"Na nabrzeżach" był jednym z pierwszych filmów w całości kręconym w plenerze. I ten potencjał już na starcie został wspaniale wykorzystany. Czarno - biało kamerą uchwycono środowisko portowe z jego codzienną pracą, sylwetkami robotników, a także z pół - światkiem, który rządzi stocznią. Nie jest jednak socjologiczna opowiastka, na pierwszym planie cały czas są bohaterowie i to im należy oddać, co należne.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz