"Dracula" Francisa Forda Coppoli to jeszcze jedna słynna adaptacja powieści Brama Stokera. Reżyser pokusił się naturalnie o własną interpretację słynnej historii i stworzył film o bardzo dużym potencjale, z bardzo ciekawym scenariuszem i fenomenalną muzyką Wojciecha Kilara. Szkoda, że dzieło to tak szybko zaczęło się nasycać znaną wszystkim symboliką wampiryczną, efektami, i niezliczonymi metamorfozami bohaterów. "Dracula" rozsypuje się na horror, film akcji, melodramat i rewię mody. Dodajmy jeszcze do tego Anthony'ego Hopkinsa, który w roli Van Helsinga wprowadza akcenty humorystyczne. Prawdziwy miszmasz. Na dodatek nieprawdopodobnie dynamiczny. A przecież początek wróżył co innego, przede wszystkim wizyta Johnatana Harkera w zamku Draculi mogła budzić uzasadnione nadzieje co do całości. Nawiasem mówiąc ten fragment historii ma z natury ogromny potencjał, wystarczy wspomnieć, jak świetnie wykorzystali go Friedrich Wilhelm Murnau i Werner Herzog. Coppola dotrzymał im kroku, w dużej mierze dzięki kreacji Gary'ego Oldmana.
Historia została ciekawie zmodyfikowana. Ta modyfikacja łączy się po trochu z uzupełnieniem. Wstępem do filmu są sceny sprzed kilkuset lat, kiedy to rumuński książę Vlad (Gary Oldman) walczy w imię Chrystusa z muzułmańskim najeźdźcą. W zamku pozostawił ukochaną żonę, Elizabettę (Winona Ryder). Wojnę wygrywa, ale zdrajcy wysyłają wcześniej wiadomość kobiecie, że Vlad zginął. Elizabetta rzuca się do rzeki z zamkowej wieży. Na dodatek duchowni nie chcą pochować jego żony, bo popełniła samobójstwo. Zrozpaczony Vlad wyrzeka się Boga i oddaje się nieczystym siłom. Dalej historia wiąże się z tą znaną nam z wcześniejszych utworów. Johnatan Harker (Keanu Reeves) zostaje wysłany do Rumunii, do zamku księcia Draculi, w zastępstwie Reinfelda, który oszalał. Tam następuje ciąg dziwnych zjawisk, które nasilają się w samym zamku. Dracula podpisuje akt zakupu, a przy okazji spostrzega, że ukochana Harkera, Mina, to wykapana Elizabetta. Tutaj reżyser dokonuje wolty. Wampir pozostawia Harkera z diablicami, które mu służą, a sam rusza w trumience do Londynu, w którym, pod postacią młodego mężczyzny, zacznie uwodzić Minę, a przy okazji siać spustoszenie w jej najbliższym otoczeniu.
W przeciwieństwie do wcześniejszych obrazów, w filmie Coppoli dochodzi do wyjątkowej intensyfikacji efektów, aktów przemocy, przemian, dialogów i spotkań pomiędzy bohaterami. Nie jest to dzieło to kontemplacji, bowiem film jest zbyt dynamiczny. Ciężko jest nawet poruszyć się tragizmem postaci Draculi, bowiem występuje on w dziele przynajmniej pod kilkoma postaciami, co nie daje okazji do empatycznego odbioru. Pomimo tego, trzeba i tak zaznaczyć, że to Gary Oldman zagrał najlepiej w "Draculi". Winona Ryder nie jest niestety aktorką przystosowaną do grania w dziełach o takiej skali możliwego dramatyzmu, Keanu Reeves jest tylko tłem, a Anthony Hopkins demontuje swoją postacią całokształt dzieła. Za dużo gada, a momentami wygłupia się, co natychmiast psuje atmosferę grozy i sprowadza "Draculę" do poziomu filmu akcji. Oczyma wyobraźni widzę fenomenalny obraz z podobnym scenariuszem, z doskonałą rolą Oldmana, piękną muzyką Kilara i bez wygłupów; film o potencjale dramatycznym, który pozostawiłby w tyle nawet dzieło Herzoga. Ale to tylko wyobraźnia.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz