poniedziałek, 30 lipca 2012

"Okno na podwórze" (1954)



Powrót do statycznego obrazu i akcji ulokowanej w jednym miejscu, tak jak w "M jak morderstwo". W "Oknie na podwórze" Alfred Hitchcock nawet na moment nie wyszedł z jednego pokoju, podczas gdy na resztę scenografii patrzymy z perspektywy tego miejsca, tj. z okna mieszkania, w którym mieszka fotograf L. B. Jefferies (James Stewart). Mężczyzna ma nogę w gipsie i znosi niewymowne męki, nudząc się w czterech ścianach. Jedynym zajęciem jest dla niego obserwowanie sąsiadów. Względem jednego z nich, Thorwalda (Raymond Burr), nabiera podejrzeń o zamordowanie własnej żony. Rzeczywiście, trzykrotne wychodzenie nocą z walizką, zawijanie piły i noża rzeźnickiego w gazetę, wynoszenie wielkich kartonów z domu, mogą świadczyć, że coś jest na rzeczy. No i brakuje żony. Swoimi podejrzeniami Jefferies dzieli się z partnerką, Lisą Fremont (Grace Kelly), która szybko zaczyna interesować się całą sprawą oraz z porucznikiem Doylem (Wendell Corey), który jest bardziej sceptyczny.

W tym filmie napięcie skumulowane jest dopiero w ostatnich, skądinąd zaskakujących, przynajmniej dla mnie, minutach. Przez większą część filmu Jefferies dość naiwnie przekonuje otoczenie do swoich racji, czym może irytować. Myślimy sobie: prawdziwie amatorska nadgorliwość. "Okno na podwórze" nie pozostawia nam wiele miejsca na analizę, prawdę mówiąc, jest to film, w którym rozwiązanie sprawy kryje się nie w jakiejś luce, czy haczyku pozostawionym po drodze, ale w zakończeniu. Dopiero ono rozwiewa wszystkie domysły. Nasz sąd budujemy wcześniej raczej na psychologicznych predyspozycjach do oskarżania kogoś i doszukiwania się drugiego dna w różnych sytuacjach. To dzieło Hitchcocka różni się zatem mocno od takiego "M jak morderstwo", w którym cała zagadka rozpracowana jest na czynniki pierwsze. To jest anatomia zbrodni, "Okno na podwórze" to zbrodnia oczami amatora rozkochanego w kryminałach, a może nawet nie tyle, może po prostu, oczami zwykłego człowieka, który ma skłonność do podglądania innych.

Gdzieś tam w tle jest bowiem problem podglądactwa. Czy ten problem zostaje rozwikłany w zakończeniu filmu? Osobiście uważam, że staje się jeszcze bardziej niejednoznaczny. "Okno na podwórze" może cieszyć oczy przyzwoitą grą aktorską. James Stewart z taką wprawą wcielił się w nadgorliwego podglądacza. Momentami tak się gorączkował, że miałem ochotę bić go po twarzy, tak mnie do siebie zdystansował psychologicznie, tak mnie zaczął mierzić. Myślę, że Hitchcockowi chodziło właśnie o taką rolę. Pasuje jak ulał do tej historii. Grace Kelly jest już w "Oknie na podwórze" postacią niezwykle aktywną, partneruje Stewartowi nie tylko w ramach fabuły, ale również artystycznie. Jej zachowanie ma też solidną motywację, a wiąże się ona z chęcią zaimponowania Jefferiesowi, który nie był przekonany, czy modelka może być jego żoną. Bardzo dobra rola przyszłej księżnej. I naprawdę dobry film, chociaż bez fajerwerków, może dlatego, że najwięcej tu Jefferiesa, a nie historii domniemanej zbrodni. Tę widzimy z oddalenia, niewyraźnie i właściwie nie mamy szansy, by cokolwiek tu rekonstruować na własną rękę. Widzimy tyle co główny bohater.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz