Film o artyście jest najczęściej filmem o wielkim artyście, a czasami nawet geniuszu. Tim Burton z właściwą sobie fantazją postanowił jednak nakręcić film o beztalenciu. Beztalencie to, czyli Ed Wood, nie zrobiło wielkiej kariery i nie zrealizowało American dream. Jako reżyser niskobudżetowych filmów klasy Z szybko odszedł w zapomnienie i równie szybko wypłynął na powierzchnię po śmierci. Po tym fakcie zawsze można wyjąć trupa z szafy i do woli go przypudrować. Wooda też wyjęto po dwóch latach i wręczono mu nagrodę Złotego Indyka za bycie najgorszym reżyserem wszech czasów. Oczywiście na to miejsce znalazłoby się pewnie przynajmniej kilkunastu innych magików kina, ale rankingi rządzą się swoimi prawami. Padło zatem na Eda Wooda i dzięki temu pamiętano o nim.
Film Burtona nie jest wyrafinowany fabularnie i posiłkuje się podstawą biograficzną znaną nam z pierwszej lepszej Wikipedii. A i to nawet nie, bo nie będzie nam dane popatrzeć, jak Wood kręci filmy pornograficzne pod koniec życia. W zasadzie większość tego dziełka dotyczy kompletowania obsady, a następnie kręcenia kolejnych gniotów. W międzyczasie dojdzie do małych zmian uczuciowych w życiu naszego bohatera, którego gra Johnny Depp. Żadnego trzęsienia ziemi jednak nie będzie. To tylko podmiana gorszego modelu na nieco bardziej kompatybilny z zainteresowaniami Wooda, m.in. upodobaniem do przebierania się w damskie ciuszki. Z osób, które reżyser zaprzęgnie do swoich produkcji, najbardziej wybija się na front Bela Lugosi, dawniej popularny aktor, obecnie zapomniany, groteskowo wampiryczny ćpun (uzależnienie od morfiny). Martin Landau dostał Oscara za tę rolę, chociaż konkurentów nie miał tamtego roku zbyt wymagających. Aktor pokusił się o zademonstrowanie szczególnego akcentu Beli (pochodzenia węgierskiego), do tego stworzył postać zagubioną i momentami już nieobecną. Widać, że Lugosi obiema nogami pozostał w czasach przed wojną, a angaż w filmach Wooda to tylko desperacka próba odczucia ułamka sławy z dawnych lat. A może nawet nie tyle, może chodziło o samo zainteresowanie ze strony choćby jednego człowieka Rozbrajające są telefony Beli do Wooda w środku nocy. W rzeczywistości reżyser także po trochu opiekował się uzależnionym aktorem. Przyzwoita rola Deppa, który dodał postaci Wooda głupkowato - infantylnej aury. Reżyser takich dzieł jak "Plan 9 z kosmosu" czy "Narzeczona potwora" do końca wierzył w wartość tworzonych przez siebie filmów i ta wiara również odbija się komicznym dysonansem w dziele Burtona.
Reżyser zdaje się jednak mówić pod koniec, że większą wartość w życiu Wooda miał fakt zebrania różnych aktorskich mikrobów i niedobitków, dzięki czemu nie uschnęli oni w zupełnej samotności. Ot humanistyczna przyśpiewka na koniec.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz