wtorek, 24 lipca 2012

"Vertigo" (1958)



Kryminał z melodramatycznym posmakiem albo melodramat z kryminalnym posmakiem. Ciężko jest mi powiedzieć, czego jest więcej w "Vertigo" Alfreda Hitchcocka. Kiedy już się wydaje, że odpowiedź na to pytanie jest oczywista i film zaczyna epatować romansowym wątkiem, to pojawia się zwrot akcji i na powrót wracamy do intrygującej zagadki. Potem znowu sceny, które równi dobrze mogłyby się znaleźć w pierwszym lepszym romansie. Prawdziwy zawrót głowy.

Ten zawrót głowy nie bierze się jednak wyłącznie z gimnastyki wyobraźni, jakiej jesteśmy poddawani przez Hitchcocka. Wątek ten dotyczy również bohaterów filmu. John Ferguson (James Stewart) jest detektywem, który postanawia przejść na emeryturę po wypadku. Ciężko powiedzieć, czy to wynik znużenia, ale na pewno swoje zrobił również wypadek, w którym zginął policjant. Razem z Fergusonem gonili przestępcę, a że gonili go po dachach budynków, to i ryzyko upadku było duże. No i stało się. Ferguson omal nie spadł, mniej szczęścia miał za to policjant, który próbował go ratować. Jak się okazuje, detektyw cierpiał i cierpi na lęk wysokości, który da o sobie jeszcze znać. A potem mamy już właściwą historię, która wiąże się ze śledzeniem Madeleine Elster (Kim Novak). Zadanie to zleca Fergusonowi jej mąż, Gavin (Tom Helmore). Uważa on, że zachowuje się ona co najmniej dziwnie. Ba, pojawi się nawet wątek metafizyczny (!), sugerujący, że Madeleine może być opętana przez osobę z przeszłości. Ale czy to właściwy trop? Jedno jest pewne, po drodze, detektywowi zdarzy się niefortunny wypadek. Zakocha się w śledzonej kobiecie.

Kto już dzisiaj prowadzi dialogi miłosne, tak jak prowadzą je Madeleine i John Ferguson? W filmach już takich nie spotkamy, stąd można odczuć sztuczność pewnych sytuacji, a dodajmy jeszcze do tego porażająco poczciwą twarz Jamesa Stewarta, który nieszczególnie pasuje do tej roli. W tej romansowej konwencji odbija się to dysonansem, czego miał świadomość sam Hitchcock. Reżyser nie był zadowolony z obsadzenia tej roli Stewartem. Bo za stary. Cóż, może i stary znalazłby się lepszy, ale nie da się ukryć, że coś jest na rzeczy. Rzecz bowiem w tym, że wszystko skrojone jest na amanta (zatem nie może być mowy o jakichś celowych gierkach dekonstrukcyjnych i demitologizujących), tylko amant jakiś za mało skrojony na tę rolę. Lepiej wypadła w swojej roli Kim Novak, niemniej traci ona na intrygującej otoczce, kiedy zagadka zostaje przed nami odkryta. Można to jednak również wziąć za zabieg celowy, demistyfikujący jej charakter. Pomijając grę aktorów, należy stwierdzić, że sama historia została poprowadzona bardzo ciekawie, również wyjaśnienie historii jest satysfakcjonujące i zaskakujące, chociaż wiedziałem, że coś się święci, kiedy pozorny finał nastąpił grubo przed rzeczywistym zakończeniem dzieła. "Vertigo" to również wizualny majstersztyk, ze świetnym klimatem (sceny śledzenia) i - co nie jest niespodzianką - doskonałą muzyką Bernarda Herrmanna.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz