niedziela, 22 lipca 2012

"Róża" (2011)



Zapragnąłem, żeby Wojtek Smarzowski (Wojtek, bo nie Wojciech, tak jak Kasia Kowalska, bo nie Katarzyna!) trochę się nade mną poznęcał. Znęcał się nade mną wybitnie, kiedy oglądałem "Wesele" i znęcał się nieco mniej, kiedy oglądałem "Dom zły". Oba portretowały prowincjonalne społeczności. W przypadku ostatniego z wymienionych filmów mieliśmy jednak do czynienia z historią bardziej indywidualną o posmaku kryminalnym, ba, nawet o delikatnym posmaku kina grozy. A "Wesele" z kolei z jakąś tendencją do uniwersalizowania i satyry, co w połączeniu z naturalizmem musi być kłamstwem. Pomimo brudu i smrodu należy jednak przyznać, że pod względem scenariuszowym, pod względem prowadzenia historii oba filmy stały na bardzo wysokim poziomie. Oczywiście Smarzowski nie byłby sobą, gdyby i w "Róży" nie było brudu i smrodu, a także prowincji, w tym wypadku jednak materią, z której reżyser rzeźbi swoje dziełko jest historia; historia powojennych przesiedleń Mazurów; historia brutalnej rozprawy państwa z etnicznymi mieszkańcami, ale również byłymi AK-owcami; historia chaosu kulturalnego. Nacjonalizmy nie tylko na Kresach znalazły swoje żniwo, chociaż na Mazurach odbyło się to na nieporównywalnie mniejszą skalę, a i dodajmy do tego wyobraźnię Smarzowskiego skłonną do "ubrzydzeń" wszelakich.

Tytułowa Róża (Agata Kulesza) do Mazurka, która mówi po niemiecku i po polsku, ale czuje się przede wszystkim Mazurką. Jej mąż został wcielony do niemieckiej armii i zginął na wojnie, a teraz - czyli tuż po wojnie - przybywa do niej, nakierowany przez miejscowego pastora, Tadeusz (Marcin Dorociński). Jest on byłym Ak-owcem, który musi się ukrywać. Tymczasem trwają przesiedlenia Mazurów, szczególnie tych, którzy nie zamierzają zaprzeć się swojego etnicznego pochodzenia, a Róża nie chce się zapierać. Zarazem na mazurskie ziemie napływają przesiedleńcy z ziem wschodnich, m.in. rodzina Władka (Jacek Braciak). Dodajmy jeszcze do tego wciąż stacjonujące oddziały czerwonych maruderów, które grabią i gwałcą miejscowe kobiety (te gwałty to nieustanny obrazek, którym raczy nas Smarzowski, chociaż nie zamierzam kwestionować ich rzeczywistej częstotliwości, bo zapewne rzeczywiście nieciekawie się działo). Bariera między Różą a Tadeuszem zaczyna dosyć szybko pękać i mężczyzna zaczyna pomagać kobiecie w odbudowywaniu gospodarstwa. Niestety, rzeczywistość powojenna nie da o sobie zapomnieć.

Film, pomimo ciemnych barw, szarości, brutalności i zdecydowanej przewagi zła nad dobrem, posiada jednak, mimo wszystko, większą liczbę pozytywnych postaci, tudzież takich, które przejawiają ludzkie odruchy, od wcześniejszych filmów Smarzowskiego. Jest to para głównych bohaterów, córka Róży (Malwina Buss), pastor niemiecki (Edward Lubaszenko), kolega Tadeusza z AK (Andrzej Konopka), zdecydowanie niejednoznaczna jest rodzina Włodka. Trochę szkoda, że film kończy się akcentem, podważającym dobre intencje i przyzwoitość tej rodziny. Mimo wszystko, to i tak jest już pewien krok do przodu; "Róża" ma w sobie więcej prawdopodobieństwa, a para głównych bohaterów wnosi nieco pozytywnych wartości w ten mroczny, chaotyczny świat. Jeśli gdzieś można szukać tutaj winnych, to przede wszystkim w działaniach państwa, w samej wojnie, która doprowadziła do patologicznych sytuacji. W takim ujęciu (a, moim zdaniem, narzuca się ono przede wszystkim) film ma bardziej charakter antywojenny, aniżeli "antyludzki". I dobrze, nacjonalizmów nie ma sensu bronić, tak samo jak komunizmu. W tym filmie nie broni się ani jednego, ani drugiego. Nie opisuje się jednego, dając fory drugiemu, a historia zwraca przede wszystkim uwagę na los zwykłych ludzi, którzy chcieliby zwyczajnie żyć.

Na marginesie: podobała mi się gra większości aktorów, Agaty Kuleszy również, ale fenomenu Dorocińskiego nie jestem w stanie zrozumieć, chociaż może obejrzałem zbyt mało filmów z jego udziałem, by prawidłowo go ocenić. Na tym etapie prezentuje się on dla mnie bardzo podobnie w każdym kolejnym filmie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz