Czasami słyszy się, jak to w Polsce - a może nawet szerzej, w Europie - ludzie są niechętni nawiązywaniu znajomości w różnych środkach lokomocji. Pal licho transport miejski, tutaj nie ma nawet za bardzo czasu, żeby zawrzeć znajomość, ale co powiedzieć o takich pociągach? Ano że ludzie są na ogół mrukliwi, a jak już ktoś zechce się odezwać, to nie spotyka się to z najlepszym przyjęciem, przynajmniej w duchu, bo z zewnątrz trzeba zachować pozory entuzjazmu i zaciekawienia.
Guy Haines (Farley Granger) chyba również wolałby odbyć podróż w ciszy i spokoju, ale na jego nieszczęście Bruno Antony (Robert Walker) trącił go bucikiem (możemy domniemywać, że celowo) i tak zaczął się cały łańcuch kłopotów tego pierwszego. Nieznajomy okazał się bowiem dobrze poinformowany z tabloidów o życiu osobistym Haines'a, który jako znany tenisista musiał liczyć się z pewną rozpoznawalnością. Guy nieszczególnie sili się na rozmowę, ale Bruno i tak drogą nacisku potwierdza domysły o żonie tenisisty, Miriam (Kasey Rogers), z którą tamten się rozwodzi i Anne Morton (Ruth Roman), która jest jego nową ukochaną. Przy okazji Antony opowiada o swoim ojcu, w którym najbardziej uwiera go to, że jest jego ojcem. I jak tu nie nienawidzić takiego ojca? Ale mężczyzna ma plan i ten plan ze swadą wyłuszcza przed Haines'em. A w planie chodzi o to, żeby Guy zabił mu ojca, podczas gdy on zabije mu żonę. Morderstwo doskonałe, bo nie będzie motywu zbrodni (skądinąd nieuzasadnione przeświadczenie, bo podejrzenie nadal będzie uzasadnione, co zresztą później znajdzie swoje odzwierciedlenie w filmowej rzeczywistości). Haines reaguje niesmakiem i zdziwieniem, ale Bruno nie da mu spokoju od tej pory, a ich znajomość wykroczy poza pociąg.
"Nieznajomi pociągu" Alfreda Hitchcocka to nienaganna historia kryminalna, jak to u Hitchocka, chociaż trzeba się w niej było podeprzeć większą ilością przypadków i zbiegów okoliczności, aby utrzymać napięcie i aby historia wciąż miała rację bytu. Trzeba jednak dodać, że sama intryga jest niezwykle ciekawa (warto wspomnieć, że jednym ze scenarzystów był Raymond Chandler), a siłą tego dzieła jest fenomenalna kreacja Roberta Walkera, który bez żadnej naiwności i sztuczności przekroczył tę cienką granicę pomiędzy normalnością a socjopatycznymi skłonnościami. Będzie opowiadać ze swadą, będzie się cynicznie i szelmowsko uśmiechać, mieszać kurtuazję z bezpośredniością, dając przy tym dowody swojej inteligencji. Będzie w nim coś z obiboka i rozpieszczonego łobuza (rzeczywiście poznajemy środowisko rodzinne Bruna i widzimy, że pochodzi z bardzo bogatej rodziny), ale ten obibok i rozpieszczony łobuz będzie też przerażająco konsekwentny w nękaniu Haines'a. Nie można powiedzieć, aby Farley Granger zagrał źle, po prostu miał mniej do pokazania swoją postacią od Walkera. Warto jednak dodać, że przekonująco oddał uczucie rosnącego osaczenia.
Jaki z tego morał? Taki, że lepiej nie wdawać się w rozmowy w pociągu, a jak ktoś cię trąci bucikiem, to trzeba mu oddać.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz