poniedziałek, 9 lipca 2012

"Babcia" (1970)



Krótkometrażówka Davida Lyncha pt. "Babcia" to wstęp do wędrówki po mroczniejszej stronie życia. Amerykański reżyser lubił wywracać idylliczny obraz rodziny do góry nogami i nie wiem, czy powinienem go za to lubić. Chyba nie, ale wizyjność jego obrazów jest porażająca. 

Bohaterem tego filmu jest kilkunastoletni chłopiec, bity i poniżany przez lekko patologicznych rodziców. Wszystko rozgrywa się w ciemnym, ponurym domu, co stanowi kontrast dla trupio bladych twarzy postaci. Któregoś dnia chłopiec znajduje na strychu (?) worek z nasionami i poruszony tym odkryciem postanawia zasadzić tajemniczą roślinę na łóżku. Oto rodzi się tytułowa babcia, jedyne pocieszenie w życiu dziecka. Niestety, radość - przeplatana z ciągłymi szykanami ze strony rodziców - nie trwa długo.

I to właściwie wszystko. na uwagę zasługuje wizualna strona filmu, przypominająca nieco późniejszą  "Głowę do wycierania". Zminimalizowana paleta kolorów, obraz wyposażony we wstawki rysunkowe, brak słów, wyłącznie krzyki, świsty, dźwięki otoczenia i momentami przygnębiająca muzyka. Napięcie kumuluje się najczęściej w krzyku, który z kolei uderza nas z całą siłą w zastopowanych klatkach. Ten mroczny, surrealistyczny klimat to nie jedyne, co łączy "Babcię" z "Głową do wycierania". Oba są w jakimś stopniu związane tematycznie, traktują bowiem o...trudach życia rodzinnego, a dokładniej mówiąc, o zerwaniu więzi, wyizolowaniu i samotności członków rodziny. Bohatera "Głowy do wycierania" dręczył koszmar ojcostwa, podobnie jest tutaj, ale w tym wypadku mamy do czynienia z koszmarem dzieciństwa.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz