I jeszcze jeden marzyciel z tych, którzy postanowili przekroczyć siebie, eksponując tym samym swoje człowieczeństwo. Człowieczeństwo w jego różnych odcieniach; odcieniach, w których jest miejsce na zwycięstwo i porażkę. Jeszcze jeden marzyciel Wernera Herzoga. Jeszcze jeden zwykły i jakże niezwykły zarazem człowiek. Było ich wielu: zapalony miłośnik niedźwiedzi, niewidoma, która patrzyła na świat oczyma duszy, skoczek narciarski, który lecąc był nieosiągalny dla wszystkich (dla nas i innych skoczków), tym razem znowu wznosimy się w przestworza. Poprowadzi nas w nie Graham Dorrington, konstruktor statków powietrznych.
Nasz bohater upodobał sobie aerostaty, a szczególnie sterowce. Nie marzy mu się jednak budowanie monstrów na modłę słynnych niemieckich zeppelinów, lecz stworzenie statku mniejszego i bardziej zwrotnego. Pierwszą część filmu spędzimy zatem w hangarze, a w międzyczasie zostaniemy zapoznani z historią sterowców. Ale dość szybko przeniesiemy się w dzikie rejony Gujany Brytyjskiej. To tam Dorrington będzie się starał wznieść swój "Biały diament" - takiego określenia użył Marc Anthony Yarp, miejscowy rastafarianin i jeden z bohaterów dokumentu. To dzięki niemu dochodzi do charakterystycznego dla Herzoga zestawienia dwóch pierwiastków, dwóch różnych kultur, dwóch różnych spojrzeń na rzeczywistość. Dzięki Yarpowi wysłuchamy miejscowych legend. Koronacją są - i tutaj nie powinno to być zaskoczeniem - przepiękne zdjęcia "Białego diamentu" sunącego nisko nad ścianą tropikalnych drzew, rzekami i skalistymi przepaściami. Poruszający widok, można sobie tylko niezdarnie wyobrażać do jakiego zwielokrotnienia odczuć musiało dojść z perspektywy podróżujących sterowcem.
Estetyczne walory dominują nad innymi w tym dokumencie, ale składają się na nie - oprócz zdjęć - także muzyka i wspomniany już koloryt lokalny. Nie wiem, czy można posunąć się do stwierdzenia, że stajemy w tym dziele przed tajemnicą istnienia czy przed nagim wnętrzem człowieka i przed jego wielkością. Narracyjny wątek podbudowujący dokument dotyczy terapeutycznego wymiaru całego przedsięwzięcia. Dorrington już kiedyś próbował wzbić się w ten sposób w powietrze. Kilka prób było udanych, ale podczas kolejnej - w której leciał operator zdjęć Dieter Plage - doszło do katastrofy. Mężczyzna zginął na oczach Dorringtona, który przez wszystkie lata miał żal do siebie. Ponowny start jest zatem dla niego próbą zmierzenia się z przeszłością, chęcią udowodnienia sobie, że to miało sens, niemniej nadal podstawowym motywem jest realizacja marzenia. Marzenie o locie człowieka, nie w szczelnej kabinie samolotu i nie w mało sterowalnym, wysoko unoszącym się balonie, lecz w maszynie majestatycznie i z gracją sunącej nisko nad ziemią. Dorrington dopina swego. Co warto jeszcze dodać: technika (cywilizacja) i natura nie wchodzą tu ze sobą w kolizję. Są obok siebie, dopełniają się w pięknie. Tak, to okazuje się możliwe.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz