piątek, 6 lipca 2012

"Doktor Jekyll i pan Hyde" (1931)



Natchniony lekturą "Mary Reilly" Valerie Martin, opowiadaniem Roberta Louisa Stevensona z 1886 roku i w końcu adaptacją filmową pierwszego z wymienionych dzieł (które było literacką trawestacją XIX - wiecznego arcydzieła) postanowiłem sięgnąć po jakąś klasyczną realizację na potrzeby kina i  "srebrnego ekranu". Wybór padł na obraz z 1931 roku, nakręcony przez Roubena Mamouliana. Mając w pamięci wiekowe już filmy, będące adaptacjami utworów E. A. Poego, czy Mary Shelley, liczyłem na coś równie wartościowego i nie zawiodłem się. "Doktor Jekyll i pan Hyde" z 1931 roku, pomimo hollywoodzkiego poloru, jest dziełem o licznych walorach.

Czy trzeba przypominać historię? W kontekście filmu, można to zrobić, bo nacisk został położony na inny wątek, a właściwie, to jeden wątek został dodany i to w oparciu o niego rozwija się piekielna walka pomiędzy Jekyllem i Hydem. Wprawdzie bowiem zaczyna się od zapewnień doktora na sali audytoryjnej, że idzie o wydzielenie dobra i zła, a tym samym o uwolnienie się od tego drugiego, ale szybko sprowadzeni zostajemy na ziemię, krótko mówiąc, motorem napędowym pragnień naukowych Jekylla staje się chuć. Nasz bohater, którego gra Fredric March, jest zaręczony z Muriel Carew (Rose Hobart), córką generała, a ich miłość ma iście filmową oprawę. Są słodcy i wierzą, że na ich wspólnym grobie wyrośnie krzak głogu, czy inna topolka. To jest dobra strona Jekylla (włącznie z jego filantropijnymi ciągotkami i społecznikowskim szlajaniem się po hospicjach w nadgodzinach pracy). Ale Jekyll pewnej nocy przypadkiem ratuje z opresji pewną przechodzoną blond damę, Ivy Pearson (Miriam Hopkins), która kusi go podwiązkami, zgrabną nóżką i trzepotaniem rzęskami (krótko mówiąc: obrzydliwość wystarczająca, żeby wzbudzić chuć w samcu) i to jest ta zła strona. Tej złej stronie przychodzi w sukurs przeprowadzony eksperyment, który pozwolił Jekyllowi zamienić się w Hyde'a. Hyde w filmie Mamouliana jest krzyżówką goryla z wilkiem - do mieszkania byście nie wpuścili. Zresztą, sam by pewnie wszedł, bo manier nie ma żadnych. Pierwsze, co robi, to porywa Ivy, by cieszyć nią swoje oczy. I tak to leci kabarecik, Jekyll - Hyde musi godzić jedno życie z drugim, chociaż wypada zaznaczyć, że to nie jest kwestia kompromisów, tylko słabej woli tego pierwszego, czyli słabość dobrej strony doktora. Z czasem wola coraz mniej znaczy, a Jekyll zaczyna się zamieniać w Hyde'a także bez użycia mikstury. I dwa jestestwa są już nie do pogodzenia.

Jak widzimy, fundamentem jest historia miłosna. Historia miłosna i miłość w ogóle, żeby mogła być miłością na miarę sztuki, musi być nieszczęśliwa, a żeby była nieszczęśliwa musi mieć przeszkodę, przeszkodą jest zaś gorsza strona Jekylla, dokonując zaś błyskotliwej uniwersalizacji - gorsza strona każdego samca. Biedny Jekyll musi grać rolę gentlemana, a przecież pragnie poużywać sobie w burdelach i za plecami jedynej i ukochanej Muriel. Ale winny jest w zasadzie Hyde, a Jekyll jest postacią tragiczną, tak jak tragiczna okazuje się miłość jego i generalskiej córki. Pierwiastków Hyde'a nie ma w Jekyllu poza podświadomością, a już na pewno nie ma pierwiastków Jekylla u Hyde'a. Kiedy Hyde zamienia się w Jekylla robi to z konieczności, bądź ze strachu. Są dwie natury odgrodzone barierą, dwie różne postaci. W oryginale, ale również w różnych trawestacjach i adaptacjach to oddzielenie nie jest już tak wyraźne. Świadomość Jekylla odzywa się u Hyde'a, a Hyde u tego pierwszego. Tutaj podział jest ostry, dzięki temu kontrastowi rozważania egzystencjalne idą w bok, a nacisk zostaje położony na tradycyjny tragizm miłości, której nie da się zrealizować. 

Fredric March dostał Oscara za swoją rolę i słusznie, wszak radził sobie świetnie w dwóch, jakże odmiennych, kreacjach. W ogóle charakteryzacja Hyde'a zasługuje na uznanie. Jest tak obrzydliwa, że nawet tej rozśpiewanej dziwki Ivy szkoda, kiedy jej adorator zaczyna ją obłapiać. I wspomnijmy, że ze strony Marcha nie lada poświęceniem było granie Hyde'a; makijaż ponoć zniszczył jego skórę na twarzy. Notabene, pomijając już uszczypliwe uwagi wobec postaci odgrywanej przez Miriam Hopkins należy stwierdzić, że zagrała ona lepiej od Rose Hobart, której tragiczny wzorzec miłości związał ręce.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz