sobota, 5 maja 2012
Pociąg (1959)
Nie sądziłem nawet, że "Pociąg" Jerzego Kawalerowicza zabierze mnie w taką hipnotyzującą podróż. Na ogół wysiadanie nie sprawia mi zbyt dużych trudności (chyba, że drzwi się zatrzasną), a stację docelową witam z entuzjazmem, tym razem jednak wolałbym, żeby jazda nigdy się nie kończyła. Mógłbym jechać i jechać, obserwując tych wszystkich ludzi, których reżyser zgromadził w kilku wagonach.
Film ma dwoje protagonistów. Są nimi Marta (Lucyna Winnicka) i Jerzy (Leon Niemczyk). Mężczyzna ukrywa się początkowo za przeciwsłonecznymi okularami, a ja jego powierzchowność nie zachęca do rozpoczęcia konwersacji. A jednak, o ironio, nie wszyscy tak myślą. Otóż od początku interesuje się nim pewna trzpiotka (Teresa Szmigielówna), którą przyjdzie mu ignorować przez całą podróż. To nie ona będzie źródłem napięcia, ale Marta, towarzyszka podróży z przypadku. Oboje uciekają od problemów, a jednocześnie oboje gdzieś dążą. I w pewnym momencie orientujemy się, że to nie konkretne miejsce jest ich docelową przystanią, ale szczególny rodzaj nienasycenia. I niekoniecznie chodzi tu erotyzm czy uczucia! Ten film nie jest romansem, chociaż Staszek (Zbigniew Cybulski) desperacko będzie chciał zatrzymać Martę, stosując przy tym ekwilibrystyczne i ryzykowne próby wskakiwania do jadącego pociągu (standardowo już w tym wypadku wspomina się o profetyzmie filmu "Kawalerowicza", nie będę więc wyjątkiem). Obok tej trójki przyjrzymy się też innym, drugoplanowym postaciom, a w pewnym momencie ruszymy ze wszystkim w pogoni za mordercą żony, który ukrywał się w pociągu.
Nie bez przyczyny mówię "ruszymy". Kameralność "Pociągu" zapewnia nam pozycję obserwatora, a zarazem uczestnika tej podróży, w końcu większość scen kręcona była w niezwykle ciasnej przestrzeni przedziałów sypialnianych i korytarza. Dodajmy do tego enigmatyczność Leona Niemczyka (fenomenalna rola) i eteryczność Marty i powracającą jak echo wokalizę Wandy Warskiej, a otrzymamy dzieło, od którego nie sposób się oderwać. Musiałem sobie tylko poradzić z irytującą postacią żony adwokata, którą odgrywała wspomniana już Teresa Szmigielówna. Ale to drobnostka, która w żaden sposób nie była w stanie wyzwolić mnie ze stanu zauroczenia, w jaki popadłem w czasie oglądania filmu Kawalerowicza.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz