niedziela, 6 maja 2012

"Ewa chce spać" (1957)



Tym razem przyszedł czas na debiut Tadeusza Chmielewskiego "Ewa chce spać". Pod tym nieco naiwnym i dziecięco pretensjonalnym tytułem kryje się - któż by zgadł! - naiwna i lekko infantylna komedia. Tak przynajmniej można ją odbierać z perspektywy kilkudziesięciu lat, wszak zapominamy o kontekście historycznym i pewnych subtelnych aluzjach obecnych w filmie.

Pozornie jest to więc historia młodej damy, tytułowej Ewy (Barbara Kwiatkowska), która trafia późnym wieczorem do bliżej nieokreślonego miasta, aby ulokować się w internacie i rozpocząć naukę w technikum. Sęk w tym, że nocą nie ma już nigdzie miejsc, Ewa włóczy się więc po ulicach, przeżywając różne przygody. Zasadnicza część akcji przeniesie się do komisariatu policji (tak, policji, a nie milicji!), w którym panienka pozna policjanta Piotra Malewskiego (Stanisław Mikulski). Nie, nie, o finał nie musimy się martwić. Nie będzie tragiczny i wszyscy dobrze to wiemy od samego początku.

"Ewa nie chce spać" od początku charakteryzuje się lekko baśniową osnową, odrealnieniem i udziwnieniem zachowań ludzi. Komediowy aspekt budowany jest dzięki grze słów (dialogi pisał Jeremi Przybora) i grze omyłek oraz przypadków. Spotkamy się tu między innymi z takimi komediowymi "rekwizytami", jak zamiana ról przestępcy i policjanta, czy też łączenie uosobienia niewinności (czyli Ewy) z wielkim niebezpieczeństwem. Bo Ewa jest obcym w tym świecie ze swoją wręcz nieznośną momentami dziecinnością, wszak beztrosko zabiera ze sobą granat ze zbrojowni, co parę osób przysporzy o żywsze bicie serca. Jej dziecinność w istocie demaskuje jednak pozorną powagę pozostałych bohaterów, ujawnia śmieszność ich postaw i ról, które muszą spełniać. Pod tą oniryczną, lekko baśniową i co by tu dużo nie mówić, naiwną, acz uroczą szatą, kryje się także satyryczny odcień na PRL - owską rzeczywistość. Sporo tu prztyczków rozdawanych w nos urzędniczo - policyjnej machinie, w której powaga łączy się z niepowagą, a rola przestępcy miesza się z rolą policjanta (milicjanta). Są i tacy, co twierdzą, że ten film to lekko ironiczny ukłon w stronę "poodwilżowej" ulgi; ulgi, która dawała tylko chwilowy oddech w szarej rzeczywistości. Jakkolwiek by nie było, przyjemnie ogląda się ten film, chociaż nie trzeba się po nim spodziewać arcydzieła.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz