wtorek, 1 maja 2012
"Ostatni dzień lata" (1958)
Pokazać tak mało i powiedzieć tak wiele - po obejrzeniu "Ostatniego dnia lata" Tadeusza Konwickiego cisną mi się pod palce te słowa. Jak informuje strona poświęcona Polskiej Szkole Filmowej (http://www.polskaszkolafilmowa.pl/pl/) jest to najtańszy film polski zrealizowany z ręki instytucji. Bo i co w nim mamy? Mamy plener, a nie studio. Wszystko toczy się na plaży. Mamy reżysera Tadeusza Konwickiego i operatora Jana Laskowskiego. W samym filmie dwójkę aktorów: Jana Machulskiego i Irenę Laskowską, a w tle subtelne dźwięki, płynące z okaryny, na której grał Adam Pawlikowski. To wszystko. Tak niewiarygodnie mało i ten minimalizm jest widoczny (to nie tylko pozakulisowe informacje), ale jednocześnie przekłada się na poetyckość obrazu.
Ona spędza ostatni dzień nad morzem. Jej słowa zza kadru we wstępie mówią o niej dużo. Przeżyła wojnę, ale ta wojna wypaliła w niej całe zaufanie do człowieka. I pojawia się on. Okazuje się, że śledził ją od kilkunastu dni, chodził za nią, a teraz wreszcie podszedł. Jest młodszy od niej, ale też zagubiony, może nie mniej od niej, bo wciąż coś się w nim jeszcze tli. W pewnym momencie powie jej, że ona ma jeszcze upór, a on nic. Nic prócz tej nadziei na to, że połączą swoje losy. Ale...
To strasznie niewiele. Wydaje się, że za mało, żeby można było budować na tej podstawie fabułę, jakiś wątek; żeby można było zobaczyć w tym coś więcej poza impresją. W ich słowach pobrzmiewa wypalenie, czasami optymizm, czasami proza życia. Bariera i chęć zbliżenia. A potem ona obudzi się sama. Ta scena jest nieprawdopodobna. Wstaje i idzie tym szlakiem po plaży, który niedawno przemierzali razem. I po tych kilkudziesięciu minutach (w ramach czasowych filmu) - zdawać by się mogło - dyskretnej współobecności dwojga ludzi ta scena jest wypełniona przeogromną samotnością, brakiem i stratą. Jest już tylko ona.
Takie filmy zawsze budzą moje uznanie. Takie, w których aktorzy biorą na siebie dużo, a tak się dzieje w "Ostatnim dniu lata". W statycznym dziele liczy się każdy gest, spojrzenie, słowo, barwa głosu - to wszystko ma też znaczenie w filmie Konwickiego. Kolejne słowa uznania wędrują w kierunku Jana Laskowskiego (dawniej spierano się, czy uznawać go wspólnie z Konwickim za twórcę tego dzieła), który wspaniale "opowiadał" historię kamerą, czasami dwójka bohaterów oddala się od siebie i wtedy perspektywa staje się szersza, rośnie wrażenie samotności, to znowu akcentowane jest ich zbliżenie się do siebie. Bez muzyki Pawlikowskiego z pewnością nie byłoby natomiast nastrojowej, intymnej atmosfery, która w akompaniamencie głosów natury (podmuchy wiatru, szum fal) wprowadza szczególne wrażenie pustki i niespełnienia. Cudowny film.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz