czwartek, 10 maja 2012
"Nocny portier" (1974)
Postanowiłem odpocząć od polskiego kina, a że akurat gdzieś w Internecie rzuciło mi się w oczy nazwisko Charlotte Rampling i to na dodatek w kontekście "Nocnego portiera" Liliany Cavani, toteż postanowiłem zapoznać się z tym filmem. Po okładce rzecz sądząc, dziełko pachnie nurtem nazisploitation, ale nie jest to do końca właściwa droga, chociaż miejscami zawiewa trochę kiczem właściwym dla tego typu produkcji, nie tyle nawet w scenach erotycznych (które zresztą nie są pornografią i nawet nie ma ich zbyt wielu), ale w ukazaniu sylwetek nazistów. To jakaś szczególna właściwość byłych wyznawców Hitlera, że w filmowych wersjach ich egzystencja w świecie powojennym ma w sobie coś nad wyraz sztucznego i nieprzystającego do rzeczywistości. Jeszcze trochę i naprawdę uwierzę - za nowomową XXI wieku - że nie byli to Niemcy, tylko jacyś kosmici.
A fabuła? Ano Maximilian (Dirk Bogarde) - były strażnik czy inne licho w obozie koncentracyjnym - pracuje po wojnie w hotelu jako portier. Nadal spotyka się z kolegami nazistami, z którymi tworzy jakiś nieformalny sąd inkwizycyjny, usuwający świadków ich działalności obozowej. A tu nagle, jak grom z jasnego nieba, reżyser, tzn. przypadek, zsyła mu do hotelu Lucię, dziewczę, które przez resztę filmu będzie budować swój mit i napięcie wzrokiem bazyliszka. Ale mniejsza póki co o mizerny warsztat aktorski, rzecz w tym, że Lucia to była więźniarka i ofiara Maximiliana; ofiara, której spodobało się bycie ofiarą i która weszła z Maximilianem w romans. Teraz będziemy świadkami podchodów, próba ratowania Lucii przed kolegami, którzy woleliby ja usunąć i robinsonady obojga bohaterów zabunkrowanych szczelnie w mieszkanku.
To jest ten typ filmu, który stawia widza pod ścianą i mówi, a raczej nic nie mówi i dlatego rości sobie pretensję do bycia czymś. I powstają dwa obozy, a właściwie jeden, bo osobnik, który ogląda filmy rozrywkowo nie zauważy nawet istnienia tego dzieła, a reszta będzie dostawać nad nim spazmów, coby przypadkiem nie naruszyć intelektualnej otoczki, w której się pławią. Prawda jest bowiem taka, że ten prawie dwugodzinny film mógłby trwać godzinę, bowiem duże partie są wypełnione wcale nie napięciem, pożądaniem, miłością, dwuznacznością, wewnętrznym rozedrganiem czy czym tam jeszcze. Są wypełnione pustką, a odtwórcy głównych ról tylko tę pustkę cementują swoją grą. Pani reżyser zastosowała tu ciekawy wybieg, otóż postawiła na małą ilość środków, licząc, że zagwarantuje to wieloznaczność, a tymczasem nic. Null. Nie ma tam czego odkrywać, nie ma czego szukać, pytania nie płyną. Wcale nie pytam siebie, jak to możliwe, że kat i ofiara nawiązują romans, bo ten film tego wątku w żaden sposób nie uruchamia jakimkolwiek akcentem, jest to bowiem wyłącznie erotyczny romans. Przypomina mi się niedokończona (niestety!) "Pasażerka" Andrzeja Munka. Jak to możliwe, że ten fragmentaryczny film, w którym relacja dotyczy dwóch kobiet (SS-manka i więźniarka) i w którym podstawą jest narracja tej pierwszej, jest o wiele bardziej frapujący, fascynujący i niepokojący? Aleksandra Śląska może tylko mówić, a Rampling może pretensjonalnie rozchylać usta i rzucać sztylety oczami (nie wspominam o manekinie Dirku Bogarde), i tak ta pierwsza stawia nas przed wyborem kilkunastu różnych ścieżek interpretacji, od zazdrości, fascynacji niewinnością, obcością, wewnętrzną siłą i autonomią, po ukrytą gdzieś głęboko lesbijską miłość.A tu co? Ano niewiele.
Nudny, przewlekły i pretensjonalny obraz z lekko kiczowatym polorem nazisploitation.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz