poniedziałek, 7 maja 2012
"Świadectwo urodzenia" (1961)
"Świadectwo urodzenia" Stanisława Różewicza to kolejny film z Polskiej Szkoły Filmowej, który przyszło mi obejrzeć. Dzieło, tak jak wiele innych z tego nurtu, odsyła nas do lat wojennych, tyle że tym razem patrzymy na wojnę z perspektywy dziecka. Nie od dziś i nawet nie od wczoraj wiadomo, że taki punkt widzenia gwarantuje pewną "świeżość", spotęgowany fakt obcości mocniej uwypukla zło wojny i jej absurdy. Niekoniecznie drogą ckliwości. W "Świadectwie urodzenia" takich wzruszeń kosztem dziecięcej perspektywy nie ma.
Film dzieli się na trzy nowelki. Pierwsza zatytułowana "Na drodze" dotyczy początków wojny, kiedy to znaczna część armii polskiej cofa się pod coraz silniejszym naporem Niemców w stronę Wisły, tj. w ramiona naszego "sojusznika". Wśród uciekających cywilów znajduje się też mały Janek (Henryk Hryniewicz), który zgubił matkę i brata. Chłopiec błąka się po drodze, aż znajduje go taboryta Józef (Wojciech Siemion), prosty i trochę szorstki żołnierz, ale przy tym dobry człowiek. Mężczyzna zabiera ze sobą dziecko i od tej pory podróżują razem. Aż do kulminacyjnego momentu, kiedy to przyjdzie im zobaczyć wojnę w jej najbrutalniejszej odsłonie. Pomimo opieki nad dzieckiem, w Józefie coś pęka, kiedy widzi po raz kolejny Niemców. W tej noweli najmocniejszym akcentem odbija się samotność i bezradność obu bohaterów, dla których błotnista równina z tysiącem śladów stanie symbolem bezdroży. Janek i Józef nie mają dokąd uciec. W tym świecie dorosły nie jest w stanie zaopiekować się dzieckiem ostatecznie, bo sam jest bezradny. Tym mocniej więc odbija się też samotność małego chłopca, który na moment znalazł oparcie w nieznajomym człowieku.
Druga nowelka nosi tytuł "List z obozu" i dotyczy życia w czasie okupacji i tego, jak dziecko doświadcza cierpienia innych. Zbyszek (Edward Mincer) opiekuje się dwoma młodszymi braćmi i matką pod nieobecność ojca, który trafił do obozu. Jednocześnie chłopiec każdego dnia obserwuje jeńców z pobliskiego obozu, którzy dzień i w noc stoją za drutami, umierając z głodu. Ten żywy obraz konfrontowany jest z listami od ojca, w których ten nie zdradza - jak się zdaje - wszystkiego, aby nie niepokoić rodziny. Pewnej nocy do domu wchodzi uciekinier z pobliskiego obozu. Głodny, wystraszony i brudny. To pierwsze tak bliskie spotkanie z "tym światem" dla Zbyszka. Nazajutrz za drutami nie ma już nikogo. Z jednej strony jest to więc nowela o obowiązku szybkiego dojrzewania w latach okupacji, kiedy to dziecko musi nauczyć się opieki nad młodszym rodzeństwem, często też matką. Przede wszystkim zaś zderzenie z "prawdą" o świecie obozowym i konsekwencjach, które pozostają już jednak w niedopowiedzeniu. Niedopowiedzenie to także rzecz charakterystyczna dla dwóch pozostałych nowel.
Ostatnia pt. "Kropla krwi", uznawana jest często za najlepszą, a to z racji roli, jaką zagrała Beata Barszczewska. Wciela się ona tutaj w małą Żydówkę, którą rzeczywistość wojenna zmusza do ciągłego ukrywania się i obawy o życie. Poruszająca jest w tym filmie zależność małego dziecka od otaczających ją ludzi; zależność, która tym razem decyduje już o życiu i jego dalszym trwaniu. Najmocniejszym akordem odbija się ostatnia scena, kiedy do szkoły, w której umieszczono dziewczynkę, przychodzą gestapowcy z tłumaczem, aby wybrać dzieci pochodzenia żydowskiego. Dziewczynkę ratuje absurdalność ideologii nazistowskiej. Gestapowcy z grupy wyławiają m.in. dziewczynkę o czarnych włosach i oczach, ale sama Mirka jawi im się jako...prawdziwie nordycki okaz. Taka sytuacja w rzeczywistości również miała miejsce. Zwieńczeniem filmu są wielkie przestraszone oczy dziewczynki i zimne, bezduszne spojrzenie gestapowca, którego gra tutaj Emil Karewicz.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz