niedziela, 29 kwietnia 2012

"Pancernik Potiomkin" (1925)



Skusiłem się wreszcie na słynnego "Pancernika Potiomkina" Sergeja M. Eisensteina. Trochę mi zajęło czasu zebranie się do obejrzenia dzieła z 1925. Jakoś nie mogłem pogodzić w wyobraźni jego wymowy propagandowej z formalnym nowatorstwem. A raczej mogłem, ale to pierwsze zniechęcało mnie wystarczająco mocno, abym odsuwał w czasie zapoznanie się z dziełem Eisensteina. Ale wreszcie nadszedł ten moment.

"Pancernik Potiomkin" opiera się na autentycznych wydarzeniach. W 1905 roku doszło do buntu marynarzy na tytułowym statku. Powodem było złe wyżywienie, co filmie zostaje zaprezentowane sugestywnymi zdjęciami wijących się robaków w mięsie. Nic apetycznego, podobnego zdania byli marynarze, którzy przejęli statek i zaczęli uciekać przed carskimi okrętami. W filmie odbija się to szerszym echem, nabiera wymowy bardziej uniwersalnej, a także znajduje oddźwięk w Odessie, a dokładniej mówiąc na odeskich schodach.

O tych schodach, a dokładniej mówiąc, o masakrze na schodach odeskich napisano już pewnie tony książek. Rzeczywiście scena po 87 latach od powstania wciąż robi duże wrażenie niezwykle dynamicznym montażem, grą kontrastów: kamera z dołu schodów, z góry, w ruchu, obraz wertykalny, horyzontalny, pędzący chaotycznie ludzie i miarowo kroczący carscy żołnierze, słynny wózek, który leci na łeb, na szyję, twarze wykrzywione w cierpieniu, samotna kobieta krocząca naprzeciw armii. Dużo, dużo, dużo. I pomyśleć, że pierwotnie tej sceny nie było w scenariuszu, pomyślano o niej dopiero w trakcie kręcenia dzieła.

Film, a w tym również scena odeskiej maskary, miał mieć wymowę propagandową i nie ma wątpliwości co do tego, że taką wymowę posiada. Znać grę kontrastów, tj. negatywne przedstawienie caratu i próbę wpisania pewnego optymizmu w działania rewolucjonistów. A jednak... nie mogłem uciec od poczucia, że już w to dzieło wpisana jest nie świetlana przyszłość, ale tragedia. Te ekspresyjne ruchy rewolucjonistów, wykrzywione twarze, cierpienie, szał (także rewolucyjny) przywodzą na myśl podobnie rozdygotany i kotłujący się emocjami niemiecki ekspresjonizm w kinie. I w jednym, i w drugim państwie totalitaryzmy doszły do głosu. Przyszłość okazała się horrorem. "Pancernik Potiomkin" pulsuje tragedią i paradoksalnie wyrasta poza propagandową otoczkę. Tkwi w nim - nieuświadomione - przeczucie tego, co nadejdzie niebawem, a także niepokój, którym Europa wstrząsana była od przełomu wieków. W tym widzę - oprócz niewątpliwych zalet formalnych - jego siłę i wartość. O dziwo!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz