piątek, 13 kwietnia 2012
"Błękitny krzyż" (1955)
"Błękitny krzyż" Andrzeja Munka istnieje trochę w cieniu późniejszych jego filmów. Średni metraż i prostota tego filmu odbierają temu dziełu możliwość konkurowania z filmami takimi, jak "Człowiek na torze", "Eroica", czy nieukończona "Pasażerka". Ale nie w moich oczach. Mam słabość do prostych, ale przy tym bezpretensjonalnych historii, a ta właśnie taką jest.
Opowieść przedstawiona w filmie oparta jest na autentycznych wydarzeniach z końca wojny. Grupa partyzantów zostaje odcięta w górskim szpitalu od sprzymierzeńców. Na domiar złego w okolicy Niemcy budują swoją placówkę. Doktor Juraj (Ludwik Ziemblic) postanawia przedostać się trudnym szlakiem na polską stronę i przyprowadzić pomoc. Fabularna osnowa jest więc bardzo czytelna i pokazuje nam najpierw podróż wspomnianego doktora, a następnie taterników, których ze sobą prowadzi. Po drodze będą musieli zmierzyć się z lawiną, mrozem, niedostępnymi przejściami i oczywiście Niemcami.
Naturalnie filmu akcji po "Błękitnym krzyżu" nie należy się spodziewać. Jest to pięknie obrazowana historia, a jej siła tkwi w prostocie, niezwykle sugestywnych zdjęciach natury i oszczędnych dialogach wspomaganych z rzadka narracją Gustawa Holoubka. Wyczuwa się dbałość o to, żeby ujęcia były jak najlepsze, kamera nigdy nie jest umiejscowiona przypadkowo, ale tak, żeby pokazać nie tylko człowieka, ale również naturę. Bez wątpienia to w wizualnej stronie leży największa wartość tego filmu, ale - niech będę przeklęty za tę asekurację - rzecz nie w efektach oczywiście, tylko atmosferze, którą wyzwala obraz.
Delikatne akcenty miłości polsko - radzieckiej raczej nie mieszczą się w ramach twardej ideologii; nie ma tu pretensji do snucia jakichś animozji, czy też budowania podstaw socrealistycznej współegzystencji. Ludzie z ich misternymi współzależnościami nie interesowali reżysera, chociaż wspominanie o tym w przypadku filmu o posmaku przygodowym, wydaje się truizmem. Warto obejrzeć, bo ta lekko dokumentalizowana fabuła może naprawdę urzec wyjątkową sprawnością obrazowania i opowiadania historii przy pomocy zdjęć. A jednego z rannych gra Wojciech Siemion - to w ramach ciekawostki. Jest coś nostalgicznego w patrzeniu na aktorów z początków ich artystycznej drogi, podczas gdy w świadomości istnieją już oni jako artyści ukształtowani.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz