czwartek, 1 marca 2012

"Essential Killing"


Nad tym filmem spuściło się pół Europy, a ja niestety znalazłem się w drugiej połowie. Kompleksy wychodzą mi nogawkami i spać nie mogę po nocach, co ostatecznie stworzyło pretekst do reanimacji tego bloga. Ręce mi się trzęsą jak alkoholikowi, kiedy pomyślę o tym, że za chwilę przyjdzie mi opisać to dzieło. A to dlatego, że jest banalne, bez przestrzeni na kontemplację wbrew pozorom, a pozorów tych można by upatrywać w ograniczonej warstwie narracyjnej, dialogowej, całkiem ładnych zdjęciach przyrody i grze Vincenta Gallo.

Zaczynamy od ukłonu w stronę wszystkich zorientowanych na antyamerykańską modłę. Tak globalnie. Mamy idiotów w helikopterze, którzy ostrzeliwują samotnego Araba (tego bliżej nieokreślonego osobnika gra Vincent Gallo), po czym zabierają go na wycieczkę zapoznawczą po amerykańskich więzieniach. Tam widzimy piękny przykład reedukacji więźniów w duchu demokratyzmu. Wszyscy ubrani są tak samo i mają nawet takie same czarne worki na głowach. Nie żałuje im się również przeróżnych ćwiczeń fizycznych w myśl zasady: "w zdrowym ciele zdrowy duch". Nasz małomówny bohater nie docenia jednak praktyk tej kuźni szlachetnych charakterów i ucieka, kiedy przewożąca go furgonetka wpada w dzikie, leśne knury. Możemy być wdzięczni reżyserowi, że nie postawił na drodze kartonów. Bohater nasz ląduje na jakimś zadupiu, więc możemy być już pewni, że jest to Polska. I rzeczywiście utwierdzają nas w tym autochtoni, mówiący w rodzimym języku oraz piecyki kaflowe. Nasz bohater, ofiara rzeczywistości, zabija ludzi na rachunek zbrodniczego systemu amerykańskiego...ach, przepraszam. To już elementy waty, tj. warstwy ideologicznej tego dziełka.

Jakby ktoś miał jeszcze wątpliwości; morderstwa araba to konsekwencja. On jest tylko dzikim zwierzęciem, które ucieka przez tymi złymi, je leśne jagody, korę z drzew i spragniony ssie cycka napotkanej pani z dzieckiem. Jerzy Skolimowski zdołał dokonać rzeczy niemożliwej i w zaledwie 80 - minutowym filmie umieścił wystarczającą masę absurdów podważających elementarne zasady prawdopodobieństwa. Tu nie chodzi o umowność, ale o niedbałość, bo przecież nikt nie wymaga od twórców niby perfekcyjnego realizmu. Powiedzmy sobie szczerze, nasz polski Rambo nie musiał zabijać w żadnym momencie. Tym wszystkim, którzy uważają, że jego "killing" było "essential" radzę wrócić do Smurfów i Muminków. Jego "killing" było "essential", bo idealnie korelowało to z tezą współwiny, ba, winy całkowitej tych, którzy naszego Rambo reedukowali w świątyniach demokracji.

Vincent Gallo gra dobrze i źle. Gra tak dobrze, że aż źle, bo mu ta znana nam z innych filmów schizofreniczność i charakterologiczna dysfunkcjonalność wychodzi momentami na wierzch, a dokładniej mówiąc na twarz. Mam wrażenie, że dokonał on gwałtu na sylwetce domniemanego Araba, tworząc figurę człowieka bardziej zachodniego niż mogłoby się wydawać. A może to milczenie - które z założenia miało budować inność i izolację obcego w świecie swoich (niech Bóg, którego nie ma, przeklnie dzisiejsze narracje) stworzyło to dojmujące wrażenie sztuczności całej sytuacji, a przede wszystkim sztuczności postaci granej przez Gallo. Ktoś tu postawił o jeden krok za daleko w swoich próbach wyalienowania, bądź też próbach animalizacji. Ale momentami było całkiem dobrze; mówię rzecz jasna o grze aktorskiej Vincenta.

I jeszcze jedno: kto ukarze Polaków za muzykę, jeśli Boga nie ma, a PISF sponsoruje takie twory z pieniędzy ciężko wypracowanych w pocie i trudzie przez umęczony proletariat?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz