wtorek, 7 lutego 2012

"Misja"



"Misja" to jeden z tych filmów, które wszyscy widzieli oprócz mnie. Drugim jest "Shrek". Tzn. teraz już jest jedynym, bo właśnie zapoznałem się z dziełem Rollanda Joffé. Obyło się bez spazmów niezdrowej admiracji. Po głowie chodziło mi, jaki kształt reżyser nada swojemu filmowi. Politycznie poprawny, antyklerykalny, cholernie antyklerykalny, czy też cholernie politycznie poprawny. Jak widać wybór nie był łatwy. W sumie mogłem się zasugerować tym jednym Oscarem przyznanym łaskawie za zdjęcia Chrisowi Mengesowi, ale na nagrody spojrzałem dopiero po seansie. Film zachowuje zdrowy umiar, chociaż i tak 90% matołów zinterpretowało go jako krytykę Kościoła Katolickiego, dając tym samym dowód małej siły perswazyjnej nauk ojca Gabriela. Bo to był w końcu film o wartościach, wierze, a jeśli mowa o krytyce, to bardziej ma ona charakter personalny (odpowiedzialność za decyzję) i nie dotyka instytucji. Chyba że trzeba przypomnieć, kto powołał jezuitów?


Na pierwszym planie mamy wspomnianego ojca Gabriela (Jeremy Irons), pacyfistę, oazę spokoju i dobroci. Człowiek ten wybrał się w niedostępną dżunglę i zbudował coś od zera, tj. zaczął z powodzeniem ewangelizować tubylców. Naprzeciw niego staje kapitan Mendoza (Robert De Niro), temperamentny łowca niewolników. Konflikt wartości gaśnie jednak szybko w prologu, bowiem Mendoza po nieszczęsnym wypadku z udziałem swojego brata postanawia odpokutować winy, w czym pomaga mu ojciec Gabriel. Mendoza wsiąka w misję tego ostatniego. Wkrótce znowu pojawi się pewien dysonans w relacjach między nimi, a to z powodu działań władz Hiszpanii i Portugalii. Ziemie Indian Guarani, na których jezuici prowadzą akcję chrystianizacyjną mają być przejęte przez Portugalczyków, a ci nie zamierzają dbać o Indian, nawet pod pozorem prawa. Ojciec Gabriel nie chce dopuścić do rozlewu krwi, zachowują bierną postawę, Mendoza (od pewnego czasu już ojciec Rodrigo) zaś chce się bronić wraz z tubylcami. 


Oczywiście ten drugi konflikt jest natury ideowej i dotyczy wyłącznie wartości, obaj jezuici nie występują przeciw sobie. Krytyka spada przede wszystkim na władzę świecką, która nawet nie kryje się szczególnie ze swoją ignorancją dla działań jezuitów. Tutaj liczy się przede wszystkim zysk, niewolnicy i nowe tereny. Instytucja Kościoła poza jezuitami reprezentowana jest przez wyższego hierarchę Altamirano (Ray McAnally), który musi podjąć decyzję w sprawie Indian Guarani. Wymowa filmu ma bardziej uniwersalny charakter i dotyczy brania odpowiedzialności za swoje czyny; nie jest bynajmniej próbą zrzucenia odpowiedzialności na jedną wybraną grupę czy instytucję. Przeciwnie, Kościół jest tutaj reprezentowany przede wszystkim przez jezuitów. Zabawne w krytyce niektórych osób jest stwierdzenie, że jezuici są już poza nawiasem Kościoła - a więc nie można mówić, że go reprezentują - ponieważ postępują dobrze, tak jakby zło było esencjalnie związane z instytucją Kościoła Katolickiego. Teza przyjęta aksjomatycznie. 


Oczywiście, jak przystało na popularno - rozrywkową produkcję nie mogło obyć się bez morałów i mrzonek zaserwowanych nam tu i ówdzie. Najlepszym momentem dla takiego morału jest jednak koniec utworu. Wiadomo, ostatnie słowo ma wagę decydującą, wszak nie pada wobec niego kontrargument. Otóż w odpowiedzi na rozterki duchowe Altamirano bardziej pragmatyczny i bezczelny Hontar (Ronald Pickup) mówi, że taki jest właśnie świat. Ale nie! Rozgoryczony hierarcha odpowiada mu, że sami go takim uczyniliśmy, w tym on sam. Zacnie, zacnie, ale w podtekście tkwi naiwna próba wmówienia widzowi, że świat da się objąć mrzonkami ojca Gabriela; że jest to w mocy sprawczej człowieka. Nie da się. A świat, a raczej człowiek, rzeczywiście taki jest. Jedną "piękną" ideą nie da się wszystkich objąć. Nie da się wyjść poza naturę człowieka, w której jest miejsce na dobro i zło. 


Niektórzy zachwycają się jeszcze grą aktorską (owszem, niczego sobie) i nade wszystko muzyką Ennio Morricone (również, niczego sobie).

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz