poniedziałek, 6 lutego 2012
"Azyl"
Mój entuzjazm do osoby Davida Finchera zgasł już parę lat temu. Wiadomo, jest jednym z demiurgów współczesnego amerykańskiego kina i tworzy zgrabnie opakowane dziełka. Do tego, z mniejszym ("Obcy 3"), bądź większym powodzeniem ("Siedem", "Podziemny krąg"), potrafi dobudować treść. Jest postmodernistyczny w tym tańcu z neurozą współczesnych ludzi. Brzydota i zło dają się u niego adorować. I to nie z samej przekory i sprzeciwu wobec iluzji jednowymiarowej wizji świata, w którym jest miejsce tylko na dobro i na zło. Dają się adorować, bo są efektowne i to dla nich zarezerwowany jest, tak upragniony w zuniformizowanym świecie, indywidualizm. Pomagają wielu osobom w samookreśleniu się. Dobrze, stop, bo robi się laurka, a "Azyl" na pewno się w nią nie wpisuje. To jest bardzo przeciętny thriller. Taki na pierwszy, lepszy wieczór. Pełno takich thrillerów w tv.
Meg Altman (Jodie Foster) przeprowadza się z córką Sarah (Kristen Stewart) do nowojorskiego apartamentu. Apartament nie byle jaki, bo znajduje się w nim 'pani room', tj. pokój - schron, w którym można się bezpiecznie zamknąć w razie najścia niepożądanych gości. A ci zjawiają się dość szybko. A to ci niespodzianka! Pani Altman zamyka się więc wraz z córką w rzeczonym pokoju, pech chce jednak, że włamywacze szukają czegoś, co znajduje się właśnie w tym pomieszczeniu. I co tu zrobić?
Powinienem pominąć fabułę milczeniem, bo i o czym tu pisać? Przecież to tylko thriller, więc należałoby przymknąć oko na naiwny scenariusz i obowiązkową głupotę filmowych bohaterów. Obowiązkowo też włamywacze muszą charakteryzować się zgoła odmienną perspektywą patrzenia na otaczający ich świat. Tzn. jeden musi być bardzo zły, drugi dobry, a trzeci musi dać dowód drugiemu na esencjalne zło pierwszego. Zastanawiało mnie, jak Fincherowi udało się skonstruować thriller w oparciu o pomysł zamknięcia dwóch osób w ciasnym pomieszczeniu. I jak udało mu się zamknąć go w stu minutach, bo tyle trwa "Azyl". Ano, jeśli chodzi o napięcie, to mogłoby być lepiej, ale nawet na takim materiale istnieje pretekst do tworzenia scen bardziej dynamicznych. Film raczej niczym nas jednak nie zaskoczy. Jasno skreślone typy charakterologiczne bohaterów podsuwają dalsze rozwiązania na tacy. W "Azylu" nie brakuje też tradycyjnych klisz, które służą budowaniu napięcia. Do takich z pewnością należy motyw osoby chorej na cukrzycę, której okoliczności przyrody usuwają insulinę sprzed nosa.
"Azyl" niestety nie może obronić się aktorstwem. Pominę już tutaj groteskowego człowieka w masce (Dwight Yoakam), którego zadęcie bynajmniej nie nadaje mu powagi i nie czyni groźnym. A przecież to on miał grać chyba tego złego. Tego bardzo złego. Jaredowi Leto w roli Juniora brakuje tylko do szczęścia pokaźnej ilości złotych łańcuchów. Że też nikt na planie nie szepnął mu do ucha, że do wyrażania ekspresji nie trzeba pobierać nauk w Harlemie. Burnham "MacGyver" (Forest Whitaker), czyli poczciwy Afroamerykanin, który właśnie skończył kurs szkolnym autobusem, zjadł w domu obiad z rodziną i poszedł obrobić pewne mieszkanie. Już chyba wszystko wiadomo. Jodie Foster niczego nie wnosi do filmu. Samo nazwisko nie pomoże. Trochę zacięcia, trochę przerażenia, ale przynajmniej oszczędzone nam zostały dłuższe sceny filozoficznych dysput z córką w obliczu zbliżającej się śmierci. Ale zaraz! Jakiej śmierci? Chyba nikt nie jest na tyle niepoważny, by od początku nie wiedzieć, że groteskowy clown w kominiarce jest estetycznie nieprzystosowany do bycia mordercą matek i dzieci, podobnie zresztą, jak fircyk grany przez Leto. No, a dobroduszny pół - pastor Burnham na pewno by na to nie pozwolił.
Obejrzeć i zapomnieć. Tzn. obejrzeć, a zapomni się samo. Nie potrzeba do tego wysiłku.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz