piątek, 27 stycznia 2012
"Królik po berlińsku"
"Królik po berlińsku" Bartosza Konopki to film z serii: "czytelne alegorie", chociaż ferment, który zasiał na salonach i za granicą świadczy o tym, że niektórych nadal można zaskoczyć parabolicznym ujęciem rzeczywistości socjalistycznej. Na początku zaczyna się dość luźno, mało tego, można nawet odnieść wrażenie, że narracja z perspektywy króliczej egzystencji jest doczepiona do filmu na siłę. Szybko okazuje się jednak, że króliki żyjące na pasie "ziemi niczyjej", odgradzającej Berlin Wschodni od Zachodniego, są rzeczywiście bohaterem zbiorowym dokumentu. Równie szybko okazuje się, że króliki to nie króliki, a jak nie króliki, to już wiadomo kto. Początkowo nawet mile połechtało mnie to znęcanie się nad homo sovieticus, ta perfidna animalizacja, związana z nią deprecjacja i infantylizacja tworu humanoidalnego wyprodukowanego przez ożywczą myśl wschodu. I zaraz poczułem zawód, bo reżyserowi udzielił się chyba przaśny duch zwierzyńca made in ZSRR, film w moim odczuciu traci swój satyryczny i krytyczny ładunek (o ile w ogóle taki miał) i ginie na bezdrożach tej animalistycznej paraboli. Doceniam próby odświeżenia utartej już formuły poprzez przyjęcie perspektywy nieco zewnętrznej, ale ta z racji niewielkiej detaliczności obrazu staje się szybko zbyt czytelna, a przez to nużąca.
Ostatecznie królik pozostał królikiem. No właśnie, może problem w tym, że królik i przed i po praniu mózgu jest dość miałki i niezwykle prozaiczny? Królik dokonał autodemontażu. To jest wpisane w jego istotę, bez względu na to, czy damy mu być kapitalistą, czy też uczynimy go homo sovieticus. On zawsze będzie cholernie niepoważny.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz